Maciej Pinkwart
Sowa o zmierzchu
Sowa Minerwy wylatuje o zmierzchu, a nie o świcie.
Oznacza to, że filozofia nie jest w stanie przewidywać przyszłych zdarzeń, a
może jedynie służyć zrozumieniu tego, co już stało się faktem. To wcale
nieoczywiste stwierdzenie poczynił Georg Wilhelm Fridrich Hegel (1770-1831),
jeden z ostatnich wybitnych filozofów.
O sowie mi się pomyślało nie tylko dlatego, że podobno Nowy Targ jest miastem
sów, z których kilka mieszka nawet między pobliskimi blokami a szkołą, w
miejscu, gdzie nawet człowiekowi jest niełatwo żyć, a co dopiero cichej, nie
przeszkadzającej nikomu sowie (wiem, myszy mogą mieć na ten temat inne zdanie…).
Otóż w związku z kolejną, cykliczną już, masturbacją narcystyczną wciąż jeszcze
nie ubezwłasnowolnionego Oranżutana, rządzącego niemiłościwie nam panującym
mocarstwem atomowym, media doniosły, że jednym z ostatnich miejsc na ziemi,
gdzie żyje sowa śnieżna, jest północna Grenlandia. I mniej więcej w tym samym
czasie wspomniany mąż pięknej żony-imigrantki uchachał się na cały
Internet pokazując dwa psie zaprzęgi i skrzecząc do mikrofonu, że to cała
obrona, jaką przeciwko Delta Forces oraz 82 Dywizji Powietrzno-Desantowej USA
może wystawić Grenlandia.
No, nie wiem – z grenlandzkich śnieżnych sów wywodziła się Hedwiga, osobista
sowa Harrego Pottera. A ów młodzieniec z zabójczą różdżką pokazał nam, że dobro,
jeśli jest wspierane przez przyjaciół – i odrobinę magii – może pokonać siły zła
lorda Voldemorta, który swoją duszę rozdzielił na pojedyncze horkruksy i koniec
końców okazał się miękiszonem. Ale, niestety, cena była wysoka: zginęło mnóstwo
dobrych czarodziejów, w gruzy obrócił się też szkolny pałac Hogwart, a piękna
Hermiona Granger wyszła za mąż nie za Harrego, tylko za brzydkiego, choć
sympatycznego Rona Weasleya. Nie przeżyła też Hedwiga, śnieżna sowa z
Grenlandii. Cave Oranż-utanem!
Moja Hedwiga szykuje się do wylotu, bo zbliża się pora zmierzchu. Ale przecież
nie zawsze tak było. Będąca w antyku symbolem mądrości sowa Minerwy nie raz
wyłaniała się z cienia poranka, przyglądając się uważnie pustym ulicom i
pierwszym promieniom światła, które nieśmiało przecinały mrok. Jeszcze
wszystkiego nie wie, jeszcze zbiera okruchy wiedzy o świecie i jego prawach, o
celach i sensach życia, o tym, do czego się zbieram, też jeszcze nie wiedząc,
kim i czym będę, dlaczego i po co zrobię to, co zrobię.
Aha, mała dygresja, którą podobnie jak uwagi o Oranżutanie proszę szybko usunąć
z pamięci i z komputerów, bo licho nie śpi, a zwolennicy Voldemorta w naszym
kraju w przerwach między lizaniem jego półkul bynajmniej nie mózgowych, mogą za
te złośliwości wpisać i Was na listy proskrypcyjne. Mnie to już w sumie pstryka,
z powodu tego zmierzchu. Otóż parę dni temu Zwierzoczłekoupiór z ogrodu
zoologicznego dawnej Solidarnej Polski bardziej niż zazwyczaj po chamsku zjechał
zadającą mu pytanie dziennikarkę (swoją drogą, nie wiem po co takim kreaturom
podstawia się mikrofon i kamerę – dla beki? To żałosne, niech idzie na drzewo!)
– otóż zbeształ ją ucząc ją języka polskiego i mówiąc, że nie mówi się „po co”,
tylko „dlaczego”. Otóż, panie pośle, tu też wykazuje pan luki intelektualne: są
to dwa zupełnie różne zwroty. Sformułowanie „po co coś robię” odnosi się do
przyszłości i pyta o to, co chcę osiągnąć robiąc to czy tamto. Gdy zaś pytamy
„dlaczego coś robię”, dociekamy co było – w przeszłości – powodem podjęcia
takiego czy innego działania. Wiem, że to trudne i niczego pan nie zrozumiał,
ale raczej na to nie liczyłem, pisałem dla osób, mających większe IQ niż noga
stołowa.
Grubo? No, grubo. Ale jak długo można w imię poprawności politycznej ocierać
gębę po opluciu, co najwyżej rozkładając parasol pogardy lub pytając, czy na
sali jest lekarz?
Sowa Minerwy w powietrzu. Cichym zmierzchem, czy w tej ciszy, zanim świat
zacznie się budzić, rodzi się pytanie: co usprawiedliwiało wszystkie moje
życiowe wybory? Sensu w tym nie ma za grosz, a przyznanie się do tego, że
wszystko w moim życiu działo się przypadkiem, albo stworzyło jakiś porządek
dzięki nieznanym mi prawom, rządzącym chaosem – jest mało komfortowe. Czy i tu
trzeba by było doszukiwać się efektu motyla, bo życie choć deterministyczne, to
jednak jest nieprzewidywalne w początkach opisywanego procesu. Tak jak z pogodą:
jeśli wiemy, że nad Atlantykiem zbierają się chmury (a wiemy to coraz lepiej!) i
że wieje wiatr z zachodu, to możemy przewidywać, że wtedy-a-wtedy (znamy
odległość od atlantyckiej burzy i znamy szybkość, z jaką wieje wiatr) burzowa
awantura dotrze do nas. Ale nie wiemy, czy od północy nie przyjdzie
nieoczekiwany sztorm polarny i nie zepchnie burzy nad Kubę i Meksyk, czy nie
wyłoni się zza chmur słońce, albo nawet Kremlowskie Słoneczko i wszystkiego, co
prognozowaliśmy, nie rozpirzy w diabły…
Jakieś dwa-trzy dni przed terminem sprawdzającym naszą prognozę możemy być jej
prawie pewni. Ale prawie znaczy to, że nie powinniśmy i tego być pewni. W
lutym 2022 roku, jeszcze na kilkanaście godzin przed swoimi imieninami i ja, i o
wiele mądrzejsi ode mnie prognostycy twierdziliśmy, że żadnej wojny nie będzie,
że Rosji się ona zwyczajnie nie opłaca, że ta koncentracja wojsk przy granicy z
Ukrainą to tylko blef i prężenie cherlawych muskułów. No, niestety, i ja, i ci
znacznie mądrzejsi ode mnie okazaliśmy się prognostykami do rzyci. Wojna trwa
już przeszło 1400 dni. Putin też się minął z prognozą: Rosjanie przewidywali, że
po trzech-pięciu dniach, góra po tygodniu – będzie pozamiatane. A wojna trwa i
cara na Kremlu mogą już straszyć duchy pewno miliona jego ofiar. Ale, zdaje się,
jeśli coś budzi go ze snu, to ataki śmiechu, jak mu się przyśnią rozmowy z
szalonym Narcyzem Waszyngtońskim z Florydy.
Dlaczego chciałem zostać pisarzem? Czy to była chęć uchwycenia ulotnych chwil,
zapisania oddechu miasta, czy może marzenie o rozpoznawalności, która z czasem
zmienia się w coś dużo bardziej zwyczajnego – mieszkanie, dobry codzienny byt,
zaspokojenie prostych potrzeb? Czy może dlatego, że w szkole wyśmiewano się z
mojego nazwiska, że takie dziwne i obce, więc chciałem, żeby może pozostając
dziwne, przestało być obce?
Dlaczego chciałem zostać
pisarzem? No bo po co chciałem – na to pytanie odpowiedź jest prostsza,
wręcz banalna: chciałem zdobyć sławę i pieniądze. Sławę z próżności, pieniądze z
biedy. I chciałem przestać być dziennikarskim reporterem, który ze strachem w
oczach kładzie na biurku sekretarza redakcji kolejny tekst o cenach pietruszki
na rynku w Sochaczewie, z nadzieją, że notatka zostanie opublikowana i sekretarz
wyceni ją na 15 złotych. Pietruszka do pietruszki, a zbierze się na poduszki… A
książka to od razu worek pieniędzy, spotkania autorskie, autografy, fankluby,
listy miłosne i wywiady w telewizji.
A dlaczego? Hm… Mieszkaliśmy wtedy na warszawskim Mokotowie w wynajętym
trzypokojowym mieszkaniu urzędnika ze służby dyplomatycznej, przebywającego na
placówce w Berlinie Zachodnim. Jeden pokój był zamknięty, bo urzędnik trzymał
tam swoje rzeczy i czasami nocował, jak na krótko przyjeżdżał po instrukcje do
Warszawy. Drugi, najmniejszy, zajmowała Ewa Sowa, od której podnajęliśmy pokój
trzeci. Ja pracowałem jako dziennikarz w jednym tygodników. Czyli jako
tygodnikarz. Ewa była socjologiem i prowadziła badania, zdaje się dla
Polskiej Akademii Nauk. Moja żona pracowała w radiu. A nasz syn miał się za
niedługi czas urodzić. Narzekaliśmy wszyscy, z wyjątkiem tego syna. Na brak
pieniędzy, własnego mieszkania, sensownej pracy. I wtedy Ewa Sowa zapytała,
jakie mam plany na przyszłość. Powiedziałem, że po pierwsze chcę się wyzwolić z
dziennikarstwa i pójść w stronę czegoś ważniejszego, czyli literatury (to jest
to „dlaczego”). A po drugie: chcę napisać książkę, dzięki której zdobędę
pieniądze, za które kupię sobie mieszkanie i samochód (to jest to „po co”).
Sława, jeśli z tego przyjdzie, też będzie fajna. Ale, niestety – dowodziłem –
nie mogę tej książki napisać, bo nie mam mieszkania, ani nawet swojego pokoju,
gdzie mógłbym spokojnie pisać.
Ewa uśmiechnęła się i powiedziała, że już to kiedyś słyszała, od innego swojego
znajomego. Tylko nieco inaczej: ponieważ nie mógł spokojnie pracować, to
pracował niespokojnie, napisał i wydał książkę, zdobył sławę i pieniądze, kupił
mieszkanie i samochód, po czym przestał pisać, bo już osiągnął to co chciał
osiągnąć, więc wrócił na posadę państwową i czeka na emeryturę. Nie uwierzyłem.
Ale dwa-trzy tygodnie później Ewa powiedziała, że się wyprowadza, a myśmy objęli
w użytkowanie ten jej dawny pokój, który chciałem przekształcić na pracownię
pisarską. Trochę nie wyszło, bo pierwszą książkę – no – książeczkę – napisałem
daleko od mieszkania na Mokotowie i sześć lat później.
I co? I nic.
Minął świt, mija zmierzch, sowa Minerwy odfrunęła na Grenlandię. Pisanie –
książki – mieszkanie – sława – pieniądze – Ewa Sowa – warszawski Mokotów –
dlaczego i po co? Gdzie to wszystko się podziało? Może w ogóle tego nie było? A
może było, ale się zbyło i już nie ma? Jak się temu uważniej przyjrzeć – to nie
ma znaczenia: skutek jest taki sam. W jednej ze swoich starych piosenek, która
nosiła tytuł Kawiarnia Orbis i wspominała miejsce, którego już dawno nie
ma, pisałem:
Było pięknie? Może było,
Na zwyczajnie się zmieniło…
Łączą nas wszystkie sprawy,
Dzieli to, że już są…
Prognozy mówią o burzy znad Atlantyku. Według innych przepowiedni – to wszystko
i tak w pewnym wieku i w pewnych sytuacjach nie ma znaczenia. Kropla wody –
nawet kubeł czy wanna – nie mają żadnego znaczenia dla zawartości oceanu. A
nasze życie jest tylko chwilowym – krótkim – antraktem w sztuce nieistnienia. I
to dostrzega sowa Minerwy, która wylatuje o zmierzchu.