Maciej Pinkwart
Mały mózg
Nie, nie będzie o Oranżutanie ani o Zwierzoczłekoupiorze. Ostatnio paleontolodzy
odkryli coś, co kładzie na łopatki całą dotychczasową teorię ewolucji homininów,
w myśl której im byliśmy nowocześniejsi tym mieliśmy większe mózgi, a
dokładniej: tym większy był stosunek wagi mózgu do wagi ciała, a jeszcze
dokładniej: tym większy był nasz wskaźnik encefalizacji (EQ). Im większy
mieliśmy wskaźnik encefalizacji, tym byliśmy bardziej ludzcy. Wskazuje on na to,
ile razy większy lub mniejszy jest przeciętny mózg osobnika danego gatunku od
mózgu, jaki mają zwierzęta o rozmiarach typowych dla tego gatunku. Określa to
wzór, opracowany przez Harrego Jerisona, profesora z Uniwersytetu w Los Angeles.
Jest to ułamek, w którym w liczniku jest masa mózgu, a w mianowniku masa ciała,
pomnożona przez współczynnik 0,12 i podniesiona do potęgi 0,67. Czynniki te
określają, czy dany gatunek odbiega w górę czy w dół od wartości, jakie mają
przeciętnie zwierzęta o zbliżonej masie ciała. Jeśli wartość współczynnika
wynosi powyżej jedności, oznacza to że mózg jest ponad przeciętną:

Inteligentny człowiek współczesny ma EQ 7,4-7,8, delfiny – do 5, nasz krewniak
szympans 2,2, pies 1,2, kot 1, owca 0,8. Z powyższego wzoru wynika, że
największy wpływ na wielkość EQ ma wielkość mózgu. Ten organ u przeciętnego
człowieka współczesnego waży od 1200 do 1500 gramów. Ale tą miarką nie da się
zmierzyć inteligencji czy wiedzy: mózg Einsteina ważył 1230 gramów… Inna rzecz,
że chłopina był raczej nieduży.
Dotychczasowe badania paleoantropologów wskazywały, że w miarę postępów ewolucji
mózgi naszych przodków powiększały się: najstarszy wiekowo nasz przodek, liczący
ok. 7 milionów lat sahelantrop, którego szczątki odkryto w 2001 roku w Czadzie
miał pojemność czaszki ok. 350 cm3. Pramatka Lucy, żyjąca na terenie
dzisiejszej Etiopii 3,5 miliona lat temu, zaliczona do australopiteków,
dysponowała mózgiem o objętości ok. 450 cm3. Jawajski pitekantrop
żyjący ok. 2 mln lat temu, miał pojemność mózgoczaszki ok. 900 cm³. A nasi
bliscy kuzyni, neandertalczycy, mieli mózgi w zasadzie nie różniące się od
naszych, zaś żyjący jakieś 45 tysięcy lat temu Kromaniończycy, czyli jedna z
wczesnych odmian homo sapiens mieli mózgi nawet nieco większe niż my –
ok. 1600 cm3. Ale były to chłopy (i baby) na schwał – o wzroście
niekiedy ponad 180 cm.
Jednak najnowsze odkrycia mocno zaburzają ten prosty właściwie porządek
ewolucyjny, według którego im bardziej człowieki się rozwijały, tym miały
większy mózg, no bo to ten mózg pozwalał im lepiej się rozwijać, lepiej się
organizować, lepiej interpretować świat, a nade wszystko lepiej współdziałać
między sobą. Naturalnie, było to coś za coś: mózg jest organem, który
zużytkowuje najwięcej energii: im jest większy, tym więcej musimy mu dostarczać
substancji odżywczych. Im więcej potrzeba papu, tym więcej trzeba się
nakombinować, żeby je zdobyć: biegać za mamutem, wystrugać lepszy oszczep,
żebyśmy to my byli górą, a nie to, na co polowaliśmy, udomowić krowę, wyhodować
lepszą pszenicę na chleb i piwo. Lepszy mózg więcej kosztuje. No i ewolucja w
pewnym momencie pokazała nam środkowy palec i zmusiła nasze mózgi do innego
kombinowania.
W 2003 roku na indonezyjskiej wyspie Flores zostały odkryte szczątki niewysokich
homininów, których z powodu niskorosłości (najlepiej zachowane są pozostałości
kobiety mającej ok. metra wysokości) zaczęto nazywać hobbitami. Byli
spokrewnieni z gatunkiem homo erectus i żyli jakieś 50 tysięcy lat temu,
czyli prawie wczoraj. A ich mózg miał pojemność mniejszą niż szympans czy
orangutan – ok. 390 cm3. Mimo tego, hobbici z Flores potrafili używać
narzędzi czy krzesać ogień… Można by sądzić, że skoro oni sami byli
kurduplowaci, to dlatego mózgi mieli małe. Ostatnio w gruzińskiej miejscowości
Dmanisi odkryto szczątki innych małomózgowców – najstarszych praludzi
znalezionych poza Afryką. Żyli półtora miliona lat temu, mieli jakieś 160 cm
wzrostu i czaszki o pojemności 650 cm3. Ale człowiek gruziński
był na tyle cwany i dzielny, że potrafił wywędrować z Afryki i żyć w kaukaskich
górach. Jeszcze mniejsze mózgi mieli osobnicy, których kości odkryto w 2015 r. w
jaskini Rising Star w RPA, co było sensacyjne o tyle, że ich wiek oceniono na
250 tysięcy lat, a w dodatku szczątki znaleziono na czymś w rodzaju cmentarzyska
– a świadome grzebanie zmarłych pojawiło się – tak sądziliśmy – dopiero u
późnych neandertalczyków, a może wręcz u homo sapiensów.
Żeby dodatkowo namieszać w naszych mózgach, archeolodzy ostatnio odkryli w
Chinach szczątki człowieka z Harbinu, zaliczonego do denisowian
sprzed 150 tysięcy lat, z czaszką sporo większą od naszych – mieszczącą mózg o
pojemności ok. 1450 cm3. Także w Chinach odkryto na dwóch innych
stanowiskach pozostałości praludzi o tak dużych czaszkach, że utworzono z nich
osobny gatunek i nazwano ich homo juluensis, który to przymiotnik wywodzi
się z języka mandaryńskiego i oznacza wielkogłowy. No bo rzeczywiście:
ich czaszki o dość oryginalnych kształtach mieściły mózgi o pojemności średnio
1700 cm3, a w jednym przypadku nawet 1800. Wiek – od 300 do 50
tysięcy lat.
Czy byli to
nasi wyjątkowo uzdolnieni kuzyni (genetyka wskazuje na pokrewieństwo z
neandertalczykami, denisowianami i sapiensami), czy może jednak – o czym z
pewnością myślicie już od dobrej chwili – mamy tu do czynienia z takimi samymi
kosmitami, których wielkie i wydłużone czaszki znajdywano w Ameryce Południowej
i których kryształowymi replikami przerzucał się Harrison Ford z agentką KGB w
filmie Indiana Jones i królestwo kryształowej czaszki?
Pora na
konkluzje. Wygląda na to, że ewolucyjny wzrost wielkości mózgu był
człowiekom
potrzebny tylko do czasu, gdy potrafili już zacząć posługiwać się narzędziami i
konstruować nowe, a przede wszystkim – gdy zaczęli współpracować przy sprawach
bytowych oraz przy nowych technologiach i działaniach społecznych. Potem
ewolucja wkroczyła dość ostro i zaczęła oszczędzać energię, której zdobycie
kosztowało ludzi coraz więcej… energii. Trochę to było tak, że mądrość,
inteligencja, innowacyjność pojedynczych osobników dzięki współpracy z innymi
ludźmi, rozłożyła się na większą ilość działań, na większą liczbę mózgów. Jak to
ładnie metaforyzuje Marcin Ryszkiewicz w ostatniej (4/2026) „Polityce”, którego
artykuł Taki mózg, że głowa mała…
zainspirował mnie do napisania tych uwag –
Już nie musimy, każdy z osobna, na nowo
„wymyślać koła”, bo to już dawno się dokonało i tę wiedzę udało się utrwalić i
przekazywać pozagenowo z pokolenia na pokolenie.
To się daje zaobserwować w życiu społecznym: komitety noblowskie w dziedzinie
nauk ścisłych, medycyny i ekonomii przyznają nagrody w zasadzie już tylko
zespołom naukowców, ważne odkrycia ogłaszane są przez uniwersytety i instytucje
naukowe, a historię piszą raczej rządy, ruchy społeczne czy, zachowując
wszystkie proporcje – armie i władze partii politycznych, niż pojedyncze
osobniki, choćby najbardziej się starały. Jasne, że są w tej sprawie
spektakularne wyjątki: jeśli pierwszą wojnę światową wywołały, prowadziły i
wygrały lub przegrały rządy, państwa i armie, to odpowiedzialność za drugą i
następne oraz ich skutki najczęściej składamy na karb szaleństwa pojedynczych
ludzi, co też nie do końca się sprawdza: Hitler sam z siebie mógł napisać
książkę, namalować kilka kiepskich obrazów i pokrzyczeć sobie do ludu, ćwicząc
unoszenie prawej ręki, ale to jego lud mordował swoich i obcych, batiuszka
Stalin musiał rozkazywać innym zbrodniarzom, żeby samemu móc rozdawać
dzieciom cukierki, pisać rozprawy językoznawcze i przebierać się w operetkowe
stroje, Putin sam osobiście może co najwyżej siedzieć w bunkrach i przechadzać
się po czerwonych dywanach, a Trumpa wybrało 312 elektorów, co się przekłada na
głosy 77 302 580 Amerykanów, a to pozwoliło mu wygrać z Kamalą Harris różnicą
1,48 %. To nawet mniejsza różnica niż ta, którą podobno jego big friend
Nauroki wygrał z Rafałem Trzaskowskim, bo według oficjalnego komunikatu było
to 1,78 %. Wiem, co teraz pomyśleliście, ale pretensje nie do mnie, tylko do
sędziego Marciniaka i marszałka Hołowni.
Zmniejszenie, czy raczej zastopowanie wzrostu ludzkich mózgów nastąpiło podobno
na skutek zmniejszenia się roli jednostek na rzecz grup ludzkich, konieczności
zredukowania wydatkowanej na pracę mózgów energii i braku konieczności
indywidualnego rozwoju dla emancypacji i przetrwania gatunku jako całości.
Zresztą bezwzględne prawa natury mogą też wskazywać na to, że dalszy rozwój
ludzkości, idący w tym kierunku co dotychczas, może zagrażać samemu istnieniu
gatunku – a zatem ewolucja, oczywiście postępując nie świadomie, tylko jako
zespół genetycznych przypadków, wyłączy z czasem te elementy mózgu, które do
tego dążą, albo staną się wskutek postępu technicznego zbędne. Jeśli będziemy
dalej rozwijać komunikację autonomiczną – możemy ewolucyjnie pozbyć się nóg.
Jeśli pamięć w globalnej chmurze okaże się mniej energożerna niż pamięć w
pojedynczych mózgach – funkcjonalny analfabetyzm stanie się zasadą we wszystkich
narodach, nie tylko polskim i amerykańskim. Jeśli nadal będziemy coraz więcej
czasu spędzać przed ekranami telefonów i telewizorów (komputery zdaje się staną
się tylko wspomnieniem) – do powyższego wzoru Jerisona trzeba będzie w
mianowniku dopisać nowy współczynnik – liczbę godzin, spędzanych średnio przy
protezach inteligencji. Nasz mózg będzie się dalej zmniejszał, więc
zaoszczędzoną energię będziemy mogli wykorzystać na jogging, siłownię, wrzask i
zażywanie snusów.
Oczywiście ewolucja będzie dalej postępować i być może obejmie teraz inne
gatunki zwierzęce. Media ostatnio obiegła informacja o tym, że pewna austriacka
krowa, niejaka Veronica, zaczęła używać szczotki do drapania się. Publiczne
drapanie się nie jest może przejawem jakiejś wybitnej inteligencji (nie mówiąc
już o kulturze), ale w przypadku krowy musimy zastosować inne kryteria oceny.
Krowa plus szczotka równa się postęp ewolucyjny. Można wysunąć hipotezę, że im
mniej inteligencji własnej będzie potrzebne ludziom, tym więcej będzie udziałem
krów – natura, jak wiadomo, nie znosi próżni. W dodatku, im trudniej będzie
ludziom pozyskiwać energię – ze słońca, które raczej nas spali niż zasili, z
wiatru, który rozpirzy nam wiatraki czy z przeproszeniem z jąder, których
wykorzystywanie stanie się coraz bardziej energochłonne – bo przecież skądś
trzeba brać wodę na chłodzenie reaktorów i gdzieś w miarę bezpiecznie składować
odpady atomowe – tym większe zastosowanie znajdą szczotki do drapania, kije do
rozwiązywania problemów naukowych, siekiery do kwestii międzyludzkich i krzyk,
zamiast przemawiania przez mikrofony.
Ten zwrot w ewolucji dokonuje się na naszych oczach, co pokazują ostatnie
przykłady niektórych prezydentów i pewnych parlamentarzystów. Możemy być dumni,
że w tej zmianie mamy swój znaczący udział. Co więcej, my jako Polacy, jesteśmy
krajem, który dumnie stoi między największymi potęgami, jako jedna z nich i nie
będzie nam żaden Chinol, Rusek, Brytol czy Szwab wciskał swojej sztucznej
inteligencji. My mamy swoją, czyli amerykańską i polsko-poznańską, gdzie w
Fundacji Spichlerz wraz z firmą Sebastiana Kulczyka powstaje Gniazdo, czyli
miejsce, w którym wykluwa się Bielik, polska AI, oparta na procesorach Nvidia z
chińsko-amerykańskiej korporacji w kalifornijskiej Santa Clara.
Już się boicie? Spokojnie, nie ma się czego bać. AI nie pokona nas przecież w
wyścigu do złóż metali rzadkich na Grenlandii i źródeł energii w Wenezueli, ale
po prostu cofnie nas ewolucyjnie, co sprawi, że zejdziemy do poziomu krowy ze
szczotką albo kretyna z mandatem poselskim lub prezydenckim. A potem wrócimy do
uniwersum eukariontów, w którym zaczniemy się osuwać w dół drabiny ewolucyjnej.
Ale postęp nie zostanie zatrzymany. Można przypuszczać, że nadzieją dla świata
zwierzęcego są delfiny, nie korzystające ze smartfonów i streamingów oraz meduzy
i gąbki, które od początku swej ewolucji zrezygnowały z posiadania mózgu i mają
się z tym dobrze. Na Marsa może nie polecą, ale też nie muszą się przejmować
tym, jaki EQ ma Elon Muzg i jego poniekąd podobny do gąbki przyjaciel.