Maciej Pinkwart
Mit szlachetnego dzikusa
Doświadczając nolens-volens medialnych kontaktów z osobami na wysokich
szczeblach władzy, w Polsce i za granicą, mam nieraz wrażenie, że w ciągu
ostatnich kilkunastu lat ewolucja wykonała drift i podąża teraz ochoczo w
kierunku, z którego przyszła. Osobnicy owi, do których czuję głęboką abominację,
jak do wszystkich przejawów i nosicieli chamstwa, są we własnym mniemaniu
liderami narodów, państw i świata. Sądząc po objawach, mnóstwo ludzi podziela
ten pogląd, aprobuje to chamstwo, naśladuje, a nawet uważa za znak czasów i
ducha świata. Chamstwo jako signum temporis i Weltgeist…Według
Hegla Weltgeist był motorem ruchu świata ku lepszym dniom jako siła
napędowa historii i rozumu, która dąży do samopoznania. A więc z natury rzeczy
powinna piąć się intelektualnie ku górze. Aha, akurat… Jak się wydaje, tym co
dziś napędza nasz świat, jest dążenie do prostoty, prościzny, prostactwa,
wspierane ideologicznie prawami naturalnymi, czyli zarazem rzekomo
przyrodniczymi i boskimi, odrzucanie poprzez drwinę wszelkich komplikacji,
niejako darwinistyczne rozumienie entropii – jeśli świat w naturalny
sposób zmierza – poprzez komplikację – do chaosu, to naszym obowiązkiem jest
zawrócenie z tej drogi. Precz z komplikacją, niech żyje prostactwo. Dałoj
gramotnych! Piszę to z irytacją, proszę wybaczyć, ale w moim wieku
ważniejsza od prostoty jest prostata.
Wspominam o tym, zmotywowany ostatnimi wydarzeniami, związanymi z protestem
naukowców domagających się większych nakładów na naukę i jej rozwój i z
chamskimi reakcjami niektórych polityków wobec ludzi kultury i twórców,
nazywanych darmozjadami. Być może ci politycy szukają po prostu poklasku wśród
osób, dla których nauka skończyła się na podstawówce, po czym zapomnieli czego
się nauczyli i dziś są na poziomie umysłowym z czasów, gdy homo sapiens
dopiero zaczynał wchodzić na ścieżki historii, zajmując się tylko papu, kaku i
bara-bara i pukając się maczugą w czoło wyganiał darmozjadów do jaskiń w
Lascaux, Altamirze i Obłazowej. Żył prosto, odżywiał się zdrowo i gdyby w jego
czasach istniały już zalążki demokracji, wybierałby na wodzów tych, którzy mają
największe maczugi, najtwardsze bicepsy, najmniejsze mózgi i najgłośniej ryczą
do swoich ziomków, obiecując im największe mamuty.
Gdyby tylko w Polsce tak się działo, że jedna trzecia narodu głosuje na dzikusów
i prymitywów, a reszta się temu przygląda, bezradnie rozkłada ręce i mówi:
cóż, takie jest życie – można by to zrzucić na karb dziejowego fatum, które
ludzi między Dnieprem a Łabą pozbawiło instynktu samozachowawczego i uszczupliło
geny inteligencji. Ale, niestety, dzikusy i prymitywy, albo osoby poszkodowane
na umyśle albo już rządzą, albo dążą do władzy także w innych częściach świata.
Można, oczywiście, patrzeć na to z wysokości własnego intelektu, odcinać się
zdecydowanie jak turysta Malinowski w czasie wycieczki alpinistycznej, albo
układać kunsztowne memy o tym, że jak się dzwoni do Białego Domu, to trzeba
najpierw zapytać o to, czy jest w domu ktoś dorosły. Można też zrzucić wszystko
na innego filozofa, Jeana Jacquesa Rousseau, który w XVIII w. uczył nas kultu
szlachetnego dzikusa, przeciwstawianego człowiekowi cywilizowanemu i
wykształconemu, który prowadzi świat do zagłady. W swoim dziele Discours sur
les sciences et les arts dis-kur siir le sja(n)z e le z-ar w 1750 r.
pisał: Usuńcie ten nieszczęsny postęp, zabierzcie nasze błędy i nałogi,
zabierzcie wytwory cywilizacji, a wszystko będzie dobre.
Trudno mi co prawda podejrzewać, że osoby, rządzące umysłami kilku milionów
ludzi w Polsce czy kilkudziesięciu milionów w Stanach Zjednoczonych czytały, czy
choćby słyszały o szwajcarskim filozofie i zaaprobowały jego kult dzikusa, ale
nawet przez umysły ludzi oświeconych wielokrotnie przebiegała tęsknota za
prostym, może nawet prymitywnym i niebezpiecznym życiem dzikusów, za czasami w
których nie było państw, granic, banków, wyborów, samochodów, komputerów i
sztucznej, a nawet jakiejkolwiek inteligencji, kiedy ludzie odżywiali się
zdrowo, nie umierali na raka i Alzheimera, prężyli mięśnie nie w siłowniach,
ringach czy pałacach prezydenckich, tylko na polu walki, polowali na co i kiedy
chcieli i mogli, więc mieli się ogólnie dobrze, a nawet szczęśliwie.
Do niedawna na temat tego, jacy byli i jak żyli nasi dzicy przodkowie, mogliśmy
tylko spekulować. Ale w 1991 r. dwoje niemieckich turystów w okolicach przełęczy
Tisenjoch w Alpach, a dokładniej w południowym Tyrolu, na wysokości 3210 m
n.p.m. na granicy włosko-austriackiej (kilkadziesiąt metrów po włoskiej stronie)
znalazło szczątki ludzkie, które początkowo uznano za nieszczęśliwego turystę,
który zamarzł i ukryła go bryła lodu. Wezwani ratownicy zwieźli go do Innsbrucku
i tam stwierdzono, że ów rzekomy turysta liczy sobie około 5300 lat. Od
pobliskiej doliny Ötztal, osobnika owego nazwano Ötzi, przydając mu
określenie człowiek lodu. Stan zachowania szczątków, zamarzniętych w
lodowej bryle był tak dobry, że można było przeprowadzić jego szczegółową
autopsję. Niekiedy uważa się, że to najlepiej przebadany człowiek świata,
oczywiście z wyjątkiem Władimira Putina, Donalda Trumpa i Kim Dzong Una.
A więc – proszę państwa, oto nasz przodek, Ötzi. Ów szczęśliwy dzikus, okaz
zdrowia, odżywiający się naturalnie, nie używający suplementów diety, nie
jadający cukru, nie pijący whisky, nie oglądający telewizji i nie scrollujący
smartfona. I jeszcze uprawiający turystykę w wysokich górach. Zmarł w wieku 40,
może nawet 53 lat. Miał 157 cm wzrostu, a więc raczej nie grał w koszykówkę.
Ważył zaledwie ok. 50 kilogramów. Był szatynem, prawdopodobnie miał brązowe oczy
i grupę krwi „zero”, a zmarł wskutek odniesionych ran w walce z innymi ludźmi.
Nie wiemy, jaki dramat rozegrał się na wysokości ponad 3200 metrów, ale biedny
Ötzi został zabity strzałą z łuku. Obok niego znaleziono też jego własny łuk,
kołczan z czternastoma strzałami, półmetrową ciupagę z ostrzem miedzianym,
przymocowanym do cisowego drzewca przy pomocy brzozowej smoły i kilku rzemieni,
miał też krzemienny nóż. Nosił plecak i torbę z kory brzozowej. Ubrany był w
futro ze skór niedźwiedzia, kozicy i jelenia, miał skórzane buty i skarpety z
miękkiej trawy i łyka. Miał przy sobie hubę brzozową – albo do rozpalania ognia,
albo do leczenia ran, albo jako medykament na dolegliwości żołądkowe.
Teraz ustalenia anatomopatologów. Ötzi nie cierpiał głodu, nawet przed swoją
ostatnią bitwą zjadł obiad: mięso jelenia i kozicy, trochę korzonków i owoców,
prawdopodobnie kawałek chleba z grubo mielonych ziaren. Na ciele miał przeszło
60 tatuaży.
Ale zdecydowanie nie był okazem zdrowia: dręczyły go wszy i pchły, a także
kleszcze, co spowodowało, że chorował na boreliozę. Miał bakterie
Helicobacter pylori, co mogło wiązać się z chorobą wrzodową żołądka lub
dwunastnicy. Cierpiał na nietolerancję laktozy, miał zaawansowaną próchnicę i
zmiany zwyrodnieniowe stawów. Był też zakażony nicieniami – włosogłówkami. Miał
genetyczne predyspozycje do choroby wieńcowej, stwierdzono też u niego
arteriosklerozę.
Prawdziwy okaz pierwotnego zdrowia.
Badania genetyczne wykazały, że choć najprawdopodobniej zmarł bezdzietnie – w
każdym razie w okolicy nie stwierdzono jego bezpośrednich potomków – to jednak
zarówno w pobliżu Innsbrucka, jak i we włoskim Tyrolu odkryto ludzi, którzy z
Ötzim mieli dalekich wspólnych przodków. Krótko mówiąc – nasz człowiek,
Europejczyk.
Gdyby Państwo chcieli (ostrożnie!) bliżej się zapoznać z tyrolskim człowiekiem
lodu, owym realnie żyjącym niewątpliwie szlachetnym, choć udręczonym przez
naturę i bliźnich dzikusem – to trzeba pojechać do włoskiego Bolzano, bo tam w
Muzeum Archeologicznym Górnej Adygi Ötzi znalazł miejsce ostatniego spoczynku.
Innych, mniej dokładnie zdiagnozowanych dzikich można codziennie oglądać w
różnych telewizjach.