Maciej Pinkwart
Ateizm funkcjonalny
W okresie świątecznym przypomniałem w Internecie kilka moich kolęd, do których
muzykę napisali Stanisław Lubowicz i Andrzej Zarycki. Dociekliwsi czytelnicy
mogli znaleźć na mojej stronie kilkanaście innych, bezmuzycznych. Opublikowane
kolędy spotkały się z entuzjastycznym przyjęciem dwóch osób, a kilkoro
czytelników/słuchaczy wyraziło zdziwienie, że ja, osoba uznawana za areligijną,
zajmuję się tego rodzaju twórczością.
No cóż, istnieje rzecz jasna twórczość religijna, istnieje też – choć zdaje się
w mniejszości – twórczość antyreligijna. W przeważającej mierze jednak
twórczość, szczególnie literacka, istnieje sobie, a religijność – czy
areligijność – twórców sobie. I z faktu, że bohaterowie Stu lat samotności
Marqueza przez długi czas obywają się bez religii, a gdy już wreszcie
w Macondo pojawia się kościół, większe znaczenie (co nie znaczy, że duże) ma w
nim ksiądz, niż Pan Bóg. Hobbici,
elfy czy ludzie opisani we Władcy pierścieni Tolkiena walczą z Sauronem
nie wzywając na pomoc Boga, tylko raczej siebie nawzajem, a bohaterowie
Opowieści z tysiąca i jednej nocy interesują się przeważnie haremami,
bardziej niż meczetami. Największe dzieła Stanisława Lema (Solaris,
Niezwyciężony, Eden) czy Franka Herberta (Kroniki Diuny) ani
słowem nie wspominają o Bogu i wierze, podobnie świetnie sobie bez najwyższej
instancji radzą Scarlett O’Hara i Rhett Butler w powieści Margaret Mitchell
Przeminęło z wiatrem, choć może gdyby bohaterowie więcej czasu spędzali w
kościele albo choćby na spotkaniach Ku-Klux-Klanu, ich córka Bonnie Blue nie
skakałaby z fatalnym skutkiem na kucyku przez za wysoki płot, Rhett nie
stwierdzałby, że go to wszystko nic nie obchodzi, a Scarlett nie musiałaby
deklarować, że pomyśli o tym jutro.
Z drugiej strony jednak, Charles Darwin chciał zostać pastorem, a Albert
Einstein, rozważając naturę Wszechświata był zmuszony stwierdzić, że Bóg nie
gra w kości, tym przywołaniem autorytetu Stwórcy dając wyraz swojemu
dyzgustowi wobec indeterminizmu fizyki kwantowej i teorii nieoznaczoności
Wernera Heisenberga.
Ależ daleko zabrnęliśmy… I moglibyśmy w tych rozważaniach zajść Bóg wie gdzie,
więc wróćmy do początkowej myśli, której nie zdołałem nawet jeszcze wyrazić.
Otóż autor, pisząc (malując, rzeźbiąc, filmując) wcale nie musi, a nawet w
prawdziwej twórczości nie powinien przedstawiać tego w co wierzy, powinien po
prostu dobrze pokazywać to, co zamierzał pokazać. Chciałbym uwierzyć, że to
prawda – ale na razie tylko przytoczę jako anegdotę – iż Matka Boska, wkurzona
na czołobitność połączoną z artystyczną fuchą, nawrzeszczała na malarza Jana
Stykę żądając, żeby nie malował jej na kolanach, tylko żeby malował ją dobrze.
Wracając do moich kolęd i ich związku z moją wiarą czy niewiarą – no cóż, John
Ronald Reuel Tolkien opisując sprawy, dziejące się w Śródziemiu zapewne nie
wierzył, że zamieszkiwały je elfy, hobbity, krasnoludy, czarodzieje, orkowie i
Gollum, a ono samo istniało naprawdę, zaś Maria Konopnicka nie wierzyła w
Koszałka-Opałka, choć Królowę Tatrę i sierotkę Marysię mogła traktować z
realistyczną sympatią. Oczywiście, wiem, że moich kolęd i twórczości Tolkiena
nic nie łączy, ale z Marią K. mam pewne podobieństwo, przynajmniej w dziedzinie
sympatii do kobiet.
Stosunek twórców do różnych religii jest więc podobny do stosunku, jaki do
religii mają wszyscy ludzie: rzadko jesteśmy ich zaciekłymi wrogami, rzadko też
(biorąc rzecz w makroskali) jesteśmy ich ortodoksyjnymi wyznawcami (nie wierzę
ani trochę w fundamentalistyczną religijność Donalda Trumpa i J.D. Vance’a,
Mariusza Błaszczaka i Zbigniewa Ziobry, Victora Orbana i Władimira Putina, a
nawet organizacji Boko Haram i Jarosława Kaczyńskiego) – ich manifestacyjna
religijność pojawiła się dopiero wtedy, gdy zyskała polityczne poparcie
wyznawców. Bo w gruncie rzeczy, prawie wszyscy jesteśmy niemal w stu procentach
ateistami. Czyli bezbożnikami, ἄθεοι (w liczbie pojedynczej ἄθεος), którzy
pojawiali się już w starożytnej Grecji i nie wierzyli w Zeusa, Herę, Dionizosa i
całe to olimpijskie towarzystwo. Być może wierzyli w Baala, Amona czy Odyna, no
ale z punktu widzenia greckiego byli ἄθεοι. Ateistami najprawdopodobniej byli
też malarze-artyści z Altamiry, Lascaux czy jaskini Chauveta, którzy malowali
bizony, niedźwiedzie, lwy i własne dłonie, ale nie namalowali ani jednego boga.
Jednak oczywiście nie możemy wykluczyć, że ich bogami były bizony, niedźwiedzie,
lwy i własne dłonie. Ale z naszego, chrześcijańskiego punktu widzenia byli
ateistami, albo w najlepszym wypadku poganami – czyli osobami prymitywnymi (paganus
to po łacinie wieśniak), czczącymi niewłaściwych bogów, którzy wcale bogami nie
byli. Z naszego, chrześcijańskiego punktu widzenia czczenie innych bogów,
których nazywa się bożkami to zabobon, a w odniesieniu do większych
rozmiarowo religii – mitologia. Czyli bajka, próbująca wyjaśnić (oczywiście
błędnie) powstanie świata, prawa nim kierujące, zasady moralności i hierarchii
społecznej.
Na świecie jest od 4500 do 10 000 religii. Dokładnie trudno to ustalić, bo nie
ma zgody co do tego, co jest religią, a co nią nie jest. Oczywiście większości
nie znamy nawet z nazwy, ale jeśli już znamy, to albo je wyśmiewamy, albo je
zwalczamy, albo nimi pogardzamy, jako prymitywnymi, gorszymi od naszej. Jednak
czy to będzie chrześcijaństwo, czy islam, czy scjentologia, czy wiara w
olimpijskich bogów, czy w Latającego Potwora Spaghetti – wyznawcy jednej religii
nie wierzą w inne. I z punktu widzenia tych innych są ateistami. A dla
wierzących – wszystkie religie minus jedna są bajkami, fałszywymi opiniami lub
kpiną. Co gorsza, wielu ludzi za religię bierze ideologię, która religią – lub
jej przeciwieństwem – się wspiera: stąd bezrefleksyjne poparcie dla doktryn i
kierunków politycznych, które nie są nigdy przyjmowane dzięki wiedzy, tylko
dzięki wierze: jakobinizm, faszyzm, komunizm, nacjonalizm, kaczyzm,
ksenofobia czy fanatyzm smoleński.
Tolerancja religijna cechowała Greków i Rzymian, którzy mieli panteony otwarte –
jeśli podbili jakiś region, lub zetknęli się pokojowo z krajem, w którym
poważaniem cieszył się jakiś bóg lub grupa bogów – bez większych problemów
pozwalali im oddawać cześć także u siebie, często zresztą włączając ich do swego
Olimpu, pozwalając na budowę ich świątyń, czasem tylko opodatkowując ich
wyznawców. W społecznościach politeistycznych tolerancja była wpisana w podstawę
społeczeństwa, choć nieraz dochodziło do rozmaitych konfliktów. W Egipcie
wyznawcy, którzy na pierwszym miejscu rankingowej listy bogów stawiali na
przykład Amona, nie odmawiali boskości na przykład Re (czasem ich łączyli w
bóstwo mające cechy i sprawczość obu, jako Amon-Re), nie wadzili się z tymi,
którzy czcili przede wszystkim Re, nie akceptowali tylko tego, by kapłani Re
ściągali od nich daniny, które zamierzali oddać swojemu Amonowi.
Oczywiście, to wszystko się skończyło, gdy edyktem rzymskiego cesarza
Konstantyna chrześcijaństwo stało się religią panującą. Panującą – w tym
znaczeniu nie oznaczało najważniejszą i najwyższą wśród innych, tylko jedyną.
Choć chrześcijaństwo było wówczas wśród religii oseskiem – miało ledwie trzy
wieki, podczas gdy inne przejawy kultu liczyły sobie nieraz tysiące lat – uznane
zostało za jedyną religię prawdziwą, która nie walczyła o dominację, tylko o
wyłączność. Z punktu widzenia mającego się już wkrótce rozpaść imperium
rzymskiego miało to być elementem scalającym i umacniającym władzę cesarską. Jak
wiemy, ani władzy tej nie umocniło, ani nie scaliło – cesarstwo rozpadło się na
dwie części, a religia chrześcijańska się podzieliła. A w łonie chrześcijaństwa,
tak wschodniego jak i zachodniego natychmiast pojawiły się odstępstwa, herezje,
księgi kanoniczne i fałszywe, a o ważności takich a nie innych opowieści i
rytuałów decydowali ludzie, a nie bogowie. Zaraz: bogowie, czy Bóg? Czy
chrześcijaństwo na pewno jest religią monoteistyczną? A kim są Święci? Takimi
mniejszymi bogami, dla których można wyciągać od ludzi nie tylko uwielbienie,
ale i pieniądze? Którym rocznie buduje się wiele tysięcy ołtarzy, maluje tysiące
portretów, sprzedaje hektolitry krwi świętych i tony kościanych relikwii? To
jest gigantyczna kasa, której bez kultu świętych by nie było – ktoś te kościoły,
obrazy, rzeźby i modlitwy robi i monetyzuje swoje talenty i znajomości w
sferach, nie koniecznie niebieskich. Ba, o ileż przyjemniej modliło się do
kropelek mleka Matki Bożej Karmiącej niż do jakiejś idei robienia innym takiego
dobrze jak i sobie (no, to niebezpiecznie uruchamia wyobraźnię…), u
niejakiego Sanderusa można było kupić szczebel świętej drabiny, która śniła się
Jakubowi, a do niedawna 1 stycznia chrześcijanie obchodzili nie Nowy Rok, a
święto napletka obrzezanego Jezuska, czego zabronił dopiero Sobór Watykański
Drugi..
Bez kultu świętych nie ma nie tylko wstawiennictwa na drodze do zbawienia, ale i
sakrobiznesu, z którego żyją setki tysięcy ludzi. I w końcu, modlitwa do świętej
Apolonii w przypadku bólu zębów jest na pewno tańsza niż wizyta u dentysty. I
mniej boli, choć nie zawsze skutkuje… No ale święta Apolonia nigdy nie wyrwała
nam zdrowego zęba, a dentystom to się zdarza…
Opowieści o Świętej Trójcy, która jest jednym bogiem, o boskości lub
człowieczeństwie Jezusa, czy charakterze eucharystii były przez stulecia tłem nie
tylko sprzeczek doktrynalnych, ale i krwawych bitew. Długo spierano się też o
to, czy chrześcijaństwo w ogóle jest odrębną religią, czy po prostu jest jedną z
sekt (no, dobrze: odłamów) judaizmu. I odwrotnie: czy ktoś, kto nie jest
religijnym żydem (czyli nie jest obrzezany) może w ogóle być chrześcijaninem? Bo
przecież – przywoływano zdanie Jezusa – twierdził on, że nie zamierza ani na
jotę zmienić wiary ojców, wiary Księgi, czyli Starego Testamentu i nakazów Tory.
Wszak w Ewangelii Mateusza (Mt 5,17) Jezus oświadcza, że nie przyszedł znieść
Prawa (Tory) i Proroków, lecz je wypełnić, co miało oznaczać ciągłość jego nauki
z tradycją żydowską. No, w sumie: i święty Józef, i Maria, i on sam byli
prawowiernymi żydami…
Minęły lata i chrześcijaństwo stało się największą religią świata – obecnie
różne jego odłamy liczą ponad 2,6 miliarda ludzi, z których najwięcej wyznaje
katolicyzm: półtora miliarda. Ale ludzi na świecie jest ponad osiem miliardów… I
większość z nich wyznaje którąś z tych paru tysięcy religii. Jeśli ktoś powie,
że starsze o parę tysięcy lat wierzenia Greków kultywowane są zaledwie przez
kilka tysięcy tzw. hellenistów – to będzie miał rację: ta religia w
ortodoksyjnie prawosławnej dzisiejszej Grecji nie ma większego znaczenia. W
Iranie do dziś wyznaje się zaratusztrianizm, czyli
zoroastryzm, najstarszą religię monoteistyczną, która powstała blisko cztery
tysiące lat temu i do której w islamskim przeważnie Iranie przyznaje się dziś
ponad 120 tysięcy osób. I która – choć poza dawną Persją dziś mało znana –
powinna być wnikliwie studiowana w seminariach duchownych, bo jest jedną z
inspiracji do powstania chrześcijaństwa. Jej prorokiem był Zaratusztra, a
bogiem, do którego Persowie się modlili – Ahura Mazda, istota o najlepszej
myśli ze wszystkich.
Zasadą działania największych religii jest nakłanianie, najpierw perswazją, a
gdy to nie pomoże – przemocą do porzucenia innych wierzeń i przyjęcia
katolicyzmu, luteranizmu, prawosławia, islamu, judaizmu. Współczesną praktyką –
jest uznawanie, że w danym kraju dana religia stanowi monolit społeczny i w
imieniu większościowej grupy wyznawców jej kapłani uzurpują sobie prawo do
wypowiadania się w kwestiach moralnych, społecznych, często też politycznych.
Egzekwowanie prawa do rozdziału kościoła od państwa (przy pełnej tolerancji do
wyznawania dowolnej wiary i uprawiania dowolnego kultu, nawet bzdurnego z punktu
widzenia dominującej religii) – jest nazywane prześladowaniem religijnym.
Przejawem deprecjacji innych niż dominująca religii jest trywializowanie i
sekularyzacja jej rytuałów i reprezentantów, w tym bóstw. Doskonałe i aprobowane
zdaje się przez niemal wszystkich chrześcijan jest zredukowanie święta Bożego
Narodzenia do zabawy i rozrywki: choinki, Mikołaja z czerwononosym reniferem
Rudolfem, prezentów, karpia i w ogóle jedzenia, kolęd opiewających nie
narodzenie Bożego Syna, tylko padający śnieg, gwiazdkę na niebie (to po niej
możemy rzucać się do łamania opłatka i wydłubywania ości z karpia) i spotkania
rodzinne. Adoracja cichej stajenki, niekiedy pokrytej pomalowanymi na złoto
gontami, sprowadzona została do zwiedzania scenografii kościelnej.
Ale czy katolicy zaakceptowaliby marketingową propozycję, by kupowali samochody
marki Jezus? Bo samochody marki Mazda kupują… W latach międzywojennych na Śląsku
istniała kompania przemysłowa „Jowisz, Saturn, Mars”. W miejscowości Pilzno
działa spółka handlowa „Odyn”. Bóg Wotan patronuje m.in. zakładowi ubezpieczeń i
przedsiębiorstwom budowlanemu i stolarskiemu. We Francji w latach 50. powstała
firma produkująca ładowarki teleskopowe, wózki widłowe i magazynowe, która
nazywa się „Manitou”. Firmy „Amon” produkują klimatyzatory oraz dodatki do
żywności. Grupa „Tao” zajmuje się reklamą. Zaś „Maryja” patronuje
przedsiębiorstwu radiowo-reklamowemu.
Zarówno religia, jak i ateizm stały się towarem, jak prawie wszystko inne.