Maciej Pinkwart
Nowa przystań - stare horyzonty
Tutaj wersja dla nie czytających
Prasa lokalna dość szeroko informowała o wybudowaniu nowej
przystani nad Jeziorem Czorsztyńskim, ulokowanej po południowej jego stronie, na
terenie Frydmana. Ponieważ wszystko, co wiąże się z Frydmanem, jest nam bliskie,
więc wybraliśmy się tam ostatniej niedzieli, tj. 27 lipca. A ponieważ chcieliśmy
spędzić trochę czasu poza domem, więc pojechaliśmy trochę okrężną drogą.
Najpierw - z Nowego Targu do Rabki, gdzie usiłowaliśmy znaleźć naraz Wydział
Humanistyczny Podhalańskiej Wyższej Szkoły Zawodowej i Basię, której telefon mi
się zgubił. Jak ktoś ma za ambitne plany, to ich nigdy nie zrealizuje, więc nie
znaleźliśmy ani jednego, ani drugiego, nie znaleźliśmy nawet kiosku z wodą
mineralną, a że Lidce się pić chciało, więc pojechaliśmy w stronę Nowego Sącza,
no tam jest wiele źródeł mineralnych. Pierwsze znaleźliśmy w Rabce - Zarytem,
gdzie
była
kolejna restauracja sieci "Sponti". Mineralnej było w bród, przeważnie firmy
"Żywiec".
Opodal w stawku, pływały ryby, podobno pstrągi, więc można było spokojnie
wypocząć przed dalszą droga i zastanowić się, skąd tak licznie w naszym terenie
pojawiły się restauracje tej firmy. Z ziemi włoskiej do Polski...
Pojechaliśmy dalej, przez Mszanę i Kamienice do Zabrzeża. To piękna droga i akurat w sam raz na taki gorący dzień, bo biegnie przez gęste lasy, wzdłuż pięknej rzeki, a mnie się przypomniało i nawet się Lidce pochwaliłem, jak to w 1969 bodaj roku spędziłem tu, w Lubomierzu, miesiąc wakacji na obozie harcerskim, kierowanym przez Zbyszka Jachimskiego. Lidka jakoś nie mogła sobie mnie skojarzyć z harcerstwem, zwłaszcza, że właśnie wtedy powoli kończyłem studia, ale wyjaśniłem, że byłem tam instruktorem, trochę z nieprawego łoża, jako że harcerzem nigdy nie byłem. Wtedy byłem drugi raz w życiu w Zakopanem, a dokładniej - w Poroninie na ulicy Kasprowicza, z pewną misją. Powiodła mi się i potem przez dwa lata żałowałem, że mi się powiodła. Ale to zupełnie inna bajka, o której może gdzie indziej i kiedy indziej. Albo lepiej wcale. Teraz w Zabrzeżu w prawo i wzdłuż malowniczego pasma Beskidu Sądeckiego po prawej stronie w kilka minut dojeżdżamy do Krościenka.
Parkujemy
nad rzeką, naprzeciw kościoła. Tłoczno i brudno niesamowicie, ale dzieci się
kąpią, a kajaki pływają. Posiedzieliśmy jednak chwilkę na słoneczku, które mimo
zbliżania się "Anioła Pańskiego" pod wieczór świeciło mocno. Na starej
przystani, gdzie zdaje się kiedyś kończył się spływ Dunajcem wciąż jeszcze leżą
stare dłubanki, ale i dziś widzimy ciężarówkę, z której wyładowują łodzie. Tak
na codzień spływ krościenkowski kończy się na przystani koło mostu. Tak pewno
dla ludzi, a tutaj dla łodzi i flisaków. Idziemy do kościoła.
Stary kościół Wszystkich Świętych, w którym gazdował jeszcze nieodżałowanej
pamięci proboszcz ksiądz Krzan, domorosły historyk
i autor wielkiej monografii Krościenka pamięta naprawdę dawne czasy. Pierwsza,
drewniana świątynia w tym miejscu spłonęła w 1354 roku, zaledwie po kilku latach istnienia. Gotyk,
widoczny doskonale w prezbiterium w postaci sklepienia krzyżowego, sąsiaduje z
renesansową nawą z 1550 r. Na ścianach prezbiterium XIV-wieczna polichromia, przedstawiająca
sceny z życia św. Barbary. Z końca XVI wieku pochodzi Biblia Pauperum na
ścianach nawy, autorstwa malarza Jakuba Korabia z
Nowego Targu. Gotycką chrzcielnicę, pochodzącą z 1490 roku, miał
ofiarować do kościoła król Jan Olbracht (ten, za którego wyginęła szlachta,
w czasie bitwy pod słowackim Preszowem w 1492 roku, ta Słowacja mnie
prześladuje nawet tutaj...).
Bywaliśmy tu wielokrotnie, bo o czym mało kto wie, Krościenko w naszym życiu zaznaczyło się bardzo intensywnie. Co do mnie, kojarzę je sobie przede wszystkim z bardzo wczesnego dzieciństwa, kiedy to spędzałem długie miesiące w Szczawnicy, po pierwsze jako chorowity wcześniak, po drugie - jako chrześniak doktora Tadeusza Brzezińskiego, męża mojej rodzonej ciotki, który był lekarzem sezonowym w uzdrowisku. A do Krościenka jeździliśmy jako do dzikiej krainy Trzech Koron i Dzwonkówki, gdzie wchodziło się na Sokolicę i szło do Zamku Kingi, wówczas jeszcze nie koniecznie świętej. Lidka spędziła tutaj rok jako nauczycielka w filii nowotarskiej szkoły muzycznej. Filia mieściła się w zwyczajnej wiejskiej chałupie, a 19-letnia pani profesor przyjeżdżała tu z Zakopanego, najpierw paliła w piecu i ogarniała izbę, a potem uczyła na fortepianie. Dziecko nasze Sergiusz jeździło tu na oazy, a my wiele lat z rzędu urządzaliśmy sobie wilegiaturę dojeżdżając z Zakopanego, by spędzić 2 tygodnie wakacji z kuzynami z Gliwic, którzy z upodobaniem spędzali lato u pani Ćwiertniewiczowej przy ul. Kingi.
Nowy Kościół jest rzeczywiście nowy, budowany na naszych oczach i przypominający nieco zakopiański kościół Św. Krzyża, i słusznie, bo o ile się nie mylę, projektował go ten sam prof. Witold Cęckiewicz. Na tablicy informacyjnej tego nie ma - można wyczytać tylko, że:
No, to ci zagadka: komu poświecony jest kościół? Dobremu
Pasterzowi? Stanisławowi BP? Papieżowi?
Pewnikiem najwięcej dobremu pasterzowi, o czym mógłby świadczyć interesujący ołtarz główny, w którym figura Dobrego Pasterza jakoś tak niesamowicie wisi w powietrzu, na jasnym tle... W ogóle kościół jasny, przestronny i świetnie urządzony, bo jeszcze nie całkiem urządzony, nie przeładowany, jak to się często na Podhalu zdarza.
Ludzi przybywa coraz więcej, odmawiany różaniec brzmi coraz głośniej, wychodzimy.
Czekamy dłuższą chwilę, żeby się włączyć do ruchu. Sznur samochodów od strony Nowego Sącza i Szczawnicy gęstnieje, coraz więcej ludzi wraca z weekendu w stronę Krakowa i Katowic, sądząc przynajmniej po rejestracjach. Jak zwykle, z Pienin jedzie też sporo Warszawiaków. Pod restauracją "U Walusia" pełny parking, mimo, że pora obiadowa już dawno minęła. W Krośnicy skręcamy w lewo, w stronę Sromowiec i Niedzicy. Zamek odbija się pięknie w tafli jeziora, na wieży powiewa flaga - widać kasztelan, dr Stanisław Kostka Michalczuk, jest na zamku. Myślimy o krótkiej wizycie, ale znów nie ma gdzie zaparkować - cała droga od "Turbinki" do przystani równo po dwóch stronach zastawiona samochodami, trzeba strasznie uważać przy przejeżdżaniu, zwłaszcza że okoliczne restauracje pracują pełną parą, a efekty tego zataczają się na jezdni.
Mijamy Falsztyn, ciągnąc się straszliwie wolno za astrą z
rejestracją katowicką. Jak ja bym miał taki samochód, to bym jechał szybciej niż
20 na godzinę, ale może ci tutaj po prostu zwiedzają. Jest czas pomyśleć o tym,
gdzie w dawnych czasach mieszkał tu słynny na całą Europę ksiądz Sebastian z Falsztyna, autor popularnych motetów... Zastanawiam się złośliwie, ilu
obecnych mieszkańców Falsztyna zna słowo motet... Na zakręcie stoi sklep z wyszynkiem,
kiedyś miejsce dyskotek, znane na Spiszu pod nazwą "Las Vegas", która dumnie
widniała jeszcze parę lat temu pod niskim daszkiem. Nazwę zlikwidowano, bo się podobno nieprzyzwoicie
kojarzyła, a mający duże wpływy
miejscowy biznesmen stwierdził, że lasu tu
nijakiego nie ma, więc nazwa nie pasuje. Jeszcze pod górę koło osiedla, które
miejscowy tygodnik nazwał "Złodziejówką" i potem musiał się z tego odszczekiwać,
i już
zjeżdżamy do naszego ukochanego Frydmana, którego kształtny owal, ograniczony
wałami Jeziora
pokazuje się po prawej stronie. Na wodzie niewielka fala, mało
jachtów. Przed wjazdem do wsi skręcamy ostro w prawo - jako kolejny samochód, bo
choć nie ma drogowskazu do przystani, to piękny letni dzień widać sam kieruje
ludzi nad wodę. Zatrzymuję się na niewielkim parkingu na łące, z widokiem na
najistotniejszy obiekt plaży - piwny ogródek. Parking jest za darmo, co
mnie
dziwi, ale zaraz zagadka się wyjaśnia - tak naprawdę, to cała plaża jest
parkingiem: przez chwiejący się drewniany mostek można wjechać za opłatą na
teren cypla, przeznaczonego na rekreację. Opłata widać
nie specjalnie odstrasza gości,
bo co chwilę ktoś przejeżdża przez rzucony luźno krówski łańcuch i wbijając
tuman kurzu stawia auto jak najbliżej "czorsztyńskiego morza". Niektórzy
wjeżdżają przednimi kołami do wody - widać mają nader ludzki stosunek do swoich
pojazdów - jest naprawdę gorąco i autkom też należy się niewielka kąpiel. Nie
pogarsza to, jak sądzę, ani stanu czystości wody, której przejrzystość nie
przekracza 20 centymetrów, ani czystości plaży, która może zachęcić do opalania
się tylko jakichś wyjątkowych entuzjastów brązu. Widok jest oczywiście
piękny, ale tylko
wtedy, gdy oko ominie atrakcje brzegowe i przybrzeżne, biegnąc jak najdalej w
stronę pięknie rysujących się na horyzoncie Pienin. Jezioro ma 1340 hektarów powierzchni, a wodę Dunajca zatrzymuje
56-metrowa tama. Pierwsze projekty budowy tamy na Dunajcu pojawiły się w 1934
roku, kiedy to wielka powódź spustoszyła Podhale, ale prace - wśród licznych
dyskusji, sporów i protestów - rozpoczęto dopiero w 1976 r., a zbiornik
całkowicie napełniono w 1997 r. Niepomni tych historycznych sporów i faktu, że
przy budowie zniszczono lub przeniesiono kilka wiosek, a nieuchronna zmiana
klimatu może przynieść szkody dla unikatowej przyrody pienińskiej turyści
i ludność miejscowa korzystają chętnie z dobrodziejstw pięknie położonego
akwenu. Niewiele co prawda jest wokół propozycji wodniackich - zaledwie
raczkujący ośrodek wodny w Kluszkowcach oraz Czorsztynie i miła, choć niewielka
przystań w Niedzicy mają teraz być wsparte przez przystań we Frydmanie. Czy
będzie tu kiedyś czysto i miło? Trudno na razie w to uwierzyć. Jednak zarówno dzieci, jak i dorośli kąpią się ochoczo, młodzież
nawet nurkuje, wyławiając z jeziora liczne skarby kultury ludowej, przede
wszystkim butelki piwa "Harnaś", które widać oddziaływując na instynkty
zbójeckie ostro weszło na miejscowy rynek. Parkujących samochodów naliczyliśmy
blisko 40, co jak na późną godzinę niedzielnego popołudnia wydaje się być liczbą
sporą. Jeśli każdy kierowca zapłacił 5 złotych, to 200 złotych wpadło do kasy
właściciela za bezdurno, jako że trudno dopatrzyć się tu jakichkolwiek
większych inwestycji. Właściciela zresztą
też - najmniejsza informacja go nie ujawnia, zresztą również nie widać, żeby
ktokolwiek pobierał opłaty. Może to po prostu jest działalność społeczna?
Zastanawiamy się, co sprawia, że miejsce to nazwano "przystanią"? Czy dlatego, że można sobie tu przystanąć samochodem? Czy może dlatego, że na kilku beczkach po ropie kołysze się przy brzegu romantyczne molo?
Poziom wody w Jeziorze Czorsztyńskim waha się dość znacznie - przypuszczam, że po większych opadach znaczna część cypla pokrywa się wodą
- przynajmniej tak było w ostatnich latach. Ale piwny ogródek jest na tyle
wysoko usytuowany, że w zasadzie atrakcje są stale gwarantowane, rzec można - po
zbóju.
Nieopodal przystani mieści się stadion
miejscowego ośrodka sportowego, o
wdzięcznej, a dla wielu - tajemniczej nazwie "Zor", co w spiskiej gwarze oznacza
podobno "jutrzenkę". Różanopalca Eos patronuje więc frydmańskiej piłce nożnej, a
trzeba przyznać, że jest usytuowana romantycznie, w miejscu, gdzie kończą się
wały zapory.
Wymijając wracające z popołudniowego wypasu krowy, wjeżdżamy
do centrum Frydmana, główną ulicą, która we wschodniej części nosi imię Jana III Sobieskiego (ten największy polski turysta, o którym niemal każda wieś w
południowej części kraju mówi, że zatrzymywał się w niej wracając spod Wiednia,
miał rzekomo ufundować część wyposażenia frydmańskiego kościoła), zaś we
wschodniej - Kamienne Pole. Mijamy piękny kościół ze spiską attyką na wieży.
Zawsze
chwaliliśmy się nim odwiedzającym nas we Frydmanie znajomym, bo to przecież
jedna z najstarszych polskich świątyń, której początki kryją się w mrokach XI
wieku, i choć w oczy rzuca się przede wszystkim jej renesansowa bryła, to jednak
każdy z łatwością dostrzeże także elementy gotyckie, a baczniejszy obserwator -
także romańskie. Wnętrze barokowe nie zachwyca specjalnie, z wyjątkiem
interesującej ośmiokątnej kaplicy Matki Bożej. O kościele frydmańskim, a może
nawet o samym Frydmanie wypada napisać nieco więcej w innym miejscu, więc na
razie tylko tyle.
Mijamy renesansowy kasztel, niegdyś wzniesiony przez Horvathów,
a dziś dogorywający w rękach miejscowego gospodarza. Nie widać stąd unikatowych,
dwupiętrowych piwnic na wino, usytuowanych po jego południowej stronie, w
okolicach Ośrodka Zdrowia. Wjeżdżamy w ulice Kamienne Pole, nostalgicznie
wspominając minione cztery lata, w czasie których lato spędzaliśmy w domku pod
numerem 33, który dziś stoi pusty i zamknięty. Szkoda...
Dojeżdżamy do szosy i skręcamy w prawo, w stronę Dębna. Jak zwykle zatrzymujemy się na zakupy w nieźle zaopatrzonym markecie w Waksmundzie, pilnie uważając, żeby nie zaparkować pod słupem z bocianim gniazdem. Kiedyś to zrobiliśmy i długo nie mogliśmy domyć samochodu...
Kolacja już w Nowym Targu. W nocy przychodzi burza, deszcz, koniec ładnej pogody...