Maciej Pinkwart
Kalendarz adwentowy
W rolę niedorozwiniętego kretyna wchodzi się bardzo łatwo, ale czasem trudno
jest z niej wyjść. Henryk nieraz miał kłopoty z tym, żeby wobec rodziny przestać
grać sklerotycznego dziadka, a zacząć udawać dobrotliwego staruszka. No i nie
daj Boże, nie ujawnić, jaki był naprawdę – choć po prawdzie tego sam już nie
wiedział. Jednej osoby tylko nigdy nie zdołał oszukać – Elżbiety. Nic zresztą
dziwnego – znała go jak nikt z rodziny, żaden z kolegów z pracy czy tym bardziej
żadna osoba z Ośrodka.
Jeszcze rozstawiały z Krystyną talerze na wigilijnym obrusie, kiedy wyjechał ze
swego pokoju, ogolony, w garniturze i wypastowanych czarnych butach. Wieszający
bombki na choince Marek i Wojtek spojrzeli na niego ze zdziwieniem, bo zwykle w
bardziej skomplikowanych czynnościach musiało mu się pomagać. Nie tym razem.
Henryk wstał z wózka, podszedł do choinki i przewiesił jedną z bombek w nowe
miejsce.
- Tam za gęsto było – wytłumaczył.
Zapadła cisza.
- Tato, ty możesz sam chodzić? – spytała Krystyna.
- Nie, ale w Wigilię dzieją się różne cuda…
Uśmiechnął się i Elżbieta przypomniała sobie wszystkie te momenty, w których
prosiła go, żeby pamiętał o uśmiechu, żeby nie odlatywał myślami w krainę
tragedii, bo ona sama do nas przyjdzie, nie trzeba tego przyspieszać. „Jacy oni
są podobni, jak trzy wydania tej samej książki” – pomyślała, patrząc na Marka,
jego ojca i jej syna, stojących koło choinki. Henryk z powrotem usiadł na fotelu
i podjechał do stołu.
- O której goście mają być? – zapytał, patrząc na czerwony zegarek na lewym
przegubie.
„Ciekawe, skąd on ma smartwatcha?” – zastanowiła się - „I kto go nauczył
obsługi? Na pewno nie zakonnice”.
Przez chwilę pomyślała, że jednak domowa atmosfera i inne towarzystwo – jej
towarzystwo może? – zmieniły bieg czasu i Henryk odmłodniał co najmniej o
dziesięć lat. Po chwili jednak fachowym okiem dostrzegła sine wargi, blade
paznokcie i kropelki potu, pokrywające czoło. No tak, długo nie da się płynąć
pod prąd czasu. Postanowiła jednak, że dopiero po świętach powie im o swojej
decyzji, kiedy Henryk już wróci do Ośrodka. Ojciec Wojtka w końcu i tak jest od
tylu lat za granicą, że spokojnie można o nim nie myśleć jeszcze przez kilka
dni. A przeprawę z synem, który nawet przez chwilę nie brał poważnie wyjazdu z
Polski na stałe, też odłoży na później.
- Pojadę – powiedział jej kiedyś – ale dopiero wtedy, kiedy będzie wstyd dalej
tu mieszkać, na pięć minut przed tym, zanim zamkną granice.
„Skąd, ty biedaku urodzony w wolnej Polsce, będziesz wiedział, że to jest pięć
minut przed, a nie pięć minut po? Granicę zawsze zamykają bez ostrzeżenia” –
miała mniej lat niż Wojtek teraz, kiedy generał ukradł teleranek. Ale pamiętała
to świetnie.
*
Nie było życzeń, bo nie było opłatka. W szale przedświątecznych przygotowań
zapomnieli o nim wszyscy. To znaczy, wszyscy mieli to w nosie, a zapomniała
Krystyna. Dokładniej – myślała, że weźmie go z kościoła w ostatnią niedzielę,
ale mieli wtedy mszę za ojczyznę w Olsztynie i opłatki wyszły jej z głowy,
zresztą zawsze przed Wigilią pukał do nich sąsiad z rady parafialnej od Brata
Alberta, który sprzedawał opłatki za co łaska, czyli co najmniej 20 złotych. U
niej, w parafii Chrystusa Króla było drożej, więc uważała, że kupując u siebie
lepiej wspiera kościół. Elżbieta mogła wziąć opłatki u Świętego Krzyża, bo
pracowała niedaleko, ale w ogóle nie chodziła do kościoła. Marek miał gabinet
obok kościoła ewangelickiego i z tamtej okolicy było najwięcej pacjentów, ale
nigdy w kościele nie był. Zresztą Krystyna nie była pewna, czy kupiony u luteran
opłatek byłby ważny w czasie Wigilii katolickiej. I czy oni w ogóle dzielą się
opłatkiem.
Więc opłatka nie było, co wywołało konsternację u wszystkich, którzy już
wcześniej wstali, żeby wysłuchać Ewangelii, którą z emfazą odczytał Wojtek.
Odłożył biblię na stolik z ciastami, sięgnął po talerzyk z siankiem i wtedy się
okazało, że na sianku jest pusto. Wszyscy dalej stali wokół stołu bez słowa. Z
wyjątkiem Sadiqa, który co chwilę półgłosem pytał Natalię:
- What are they thinking about?
What has happened? I do understand nothing…
Irena, też półgłosem, powiedziała, że tu jest Polska, więc trzeba mówić po
polsku, albo milczeć, jak się już tu, niestety, jest. Natalia skwapliwie
przetłumaczyła, po czym oświadczyła, że ona takiego polskiego też nie rozumie.
Andrzej zaproponował, żeby bez opłatka wszyscy wszystkim życzyli wszystkiego
najlepszego, ale gdy Henryk powiedział:
- Coś słabo słyszę. Powiedziałeś wszyscy wszystkim?
Jakoś nikt tematu nie podjął.
Mateusz zaproponował, żeby zamiast opłatka łamać się chlebem, jak starożytni
chrześcijanie, ale okazało się, że zamiast chleba są bułki, niewygodne do
łamania. Marek powiedział, żeby wobec tego podzielić się tym, co jest i podsunął
na środek stołu półmisek ze śledzikami pokrojonymi na dzwonka, nabite na
wykałaczki, Stanisław wziął pierwszy, położył na talerzyk, usiadł, sięgnął po
bułeczkę, przekroił rybkę, włożył do ust i stwierdził.
- Pyszne, jak zwykle. Brawo, Marek.
I już było po życzeniach.
Przy makowcu, serniku i kompocie Krystyna włączyła telewizor. Podobnie jak cały
jej klub, nie miała najlepszego zdania o obecnym prymasie i jego zwierzchniku –
papieżu, uważała że to jedna z nielicznych pomyłek świętego konklawe, ale co
prymas to prymas, więc niech tam sobie szemrze w tle, a oni tymczasem zajmą się
prezentami.
Elżbieta jako sierotka stawiała przed każdym mniejsze i większe paczuszki,
Henryk poprosił, żeby na razie nie odpakowywać, tylko potem zrobić to po kolei,
żeby przedłużyć przyjemność i podzielić się niż ze wszystkimi.
Prymas mówił:
Trzymając w wigilijny wieczór w
naszych dłoniach biały opłatek myślimy o tym wszystkim, co domaga się naszego
nawrócenia, a więc również pojednania i przebaczenia sobie nawzajem, czy to w
sytuacjach jak najbardziej osobistych i rodzinnych, czy też społecznych i
ogólnonarodowych. Wszyscy wiemy, jak bardzo potrzeba nam nawrócenia, a więc -
jak nas usilnie prosił papież Franciszek - „nie pozostawiania rzeczy w takim
stanie, w jakim są”. Dlatego z wiarą zwracamy się ku Nowonarodzonemu i mówimy do
siebie nawzajem, tak jak uczynili to pasterze w dzisiejszej Ewangelii: „pójdźmy
do Betlejem”. Idźmy do Betlejem, to znaczy idźmy na spotkanie z Jezusem
Chrystusem. „Pójdźmy wszyscy do stajenki - jak śpiewamy w naszych kolędach - do
Jezusa, do Panienki, powitajmy Maleńkiego i Maryję, Matkę Jego”. Tak, pójdźmy
wszyscy, bo naprawdę „nie ma racji, dla której ktoś mógłby uważać, że to
zaproszenie nie jest skierowane do niego”. Bóg nikogo z tego spotkania nie
wyklucza.
Krystyna pomyślała, że może i dobrze, że tego opłatka nie było, bo orędzie jest
skierowane najwyraźniej do tych, którzy trzymają w dłoniach opłatek, a więc oni
nie muszą z nikim się pojednywać i nikomu przebaczać. Oczywiście, przebaczyć
trzeba, ale najpierw ukarać. A potem można się będzie za nich, za tych którzy
ukradli Polskę prawdziwym Polakom, upokorzyli Kościół, który musiał zejść do
podziemia i zabili prezydenta, pomodlić.
Po końcowym „amen” zabrzmiała muzyka Chopina, a oni zaczęli odpakowywać
prezenty. Między książkami, wodami toaletowymi, krawatami, skarpetkami,
zegarkami do fitnesu i butelkami wódki złowrogo połyskiwało pięć myśliwskich
noży, pejcz, cztery pistolety i granat odłamkowy. Do każdego z tych gadżetów
przyczepiona była kartka z napisem: Pamiętaj, że masz przyjaciela. Weź sprawy w swoje ręce. Zapadła
cisza. W telewizji skończył się Chopin i pojawiła się ciemno ubrana spikerka,
która jeszcze przed orędziem prymasa była w srebrnej wieczorowej sukni.
- Drodzy telewidzowie – mówiła grobowym głosem – musimy odwołać zapowiedzianą na
dziś transmisję Pasterki z Watykanu. Dziś po południu Ojciec Święty Jan…, to
jest, przepraszam, Franciszek, stracił przytomność i został przewieziony do
kliniki Gemelli w Rzymie. Był reanimowany
i na razie nie oddycha samodzielnie. Jego stan jest jednak stabilny i przy
silnym organizmie w ciągu doby powinien odzyskać przytomność. Lekarze
podejrzewają ostrą niewydolność mięśnia sercowego.
Zmieniła kartkę, a na monitorze za nią ukazało się zdjęcie uśmiechniętego
Franciszka.
- Papież Franciszek kilka dni temu skończył 87 lat. Urodził się w argentyńskim
Buenos Aires jako Jorge Mario Bergoglio w rodzinie włoskich imigrantów. Papieżem
został 13 marca 2013 roku, po niespodziewanej abdykacji Benedykta XVI. Słynie z
poczucia humoru i niekonwencjonalnego postępowania. Jeszcze dziś przed południem
przyjmował na audiencji prywatnej dowódcę swojej gwardii szwajcarskiej,
żartował, a nawet częstował gościa czekoladkami z kalendarza adwentowego,
otrzymanego z Polski.
Na przebitce pokazano Franciszka z przystojnym mężczyzną w średnim wieku. Między
nimi dokładnie widać było kalendarz ze zdjęciem papieża. Stanisław głęboko
wciągnął powietrze. Na zbliżeniu widać było wyraźnie autograf. Irena krzyknęła i
chwyciła męża za rękę.
- W Watykanie uważa się, że choroba Ojca Świętego może być wynikiem
długotrwałego postu, jaki papież zawsze stosował w czasie adwentu. Nawet
czekoladki adwentowe rozdawał swoim współpracownikom, a sam przez cały grudzień
jadł tylko postne dania i tylko raz dziennie. Kościół prosi wiernych o modlitwę
za zdrowie Franciszka. A teraz polskie kolędy zaśpiewa zespół „Mazowsze”.
Krystyna wyłączyła telewizor i zaczęła odmawiać
Ojcze nasz. Sadiq dopytywał się, czy
dobrze zrozumiał, że katolicki papież umarł. Marek odkręcił zakrętkę z jednego
ze swoich prezentów, nalał sobie, po czym zreflektował się i przekazał butelkę
bratu, który wbity w fotel siedział, zakrywając twarz rękami.
- No, Staszek, wielki szacun – powiedział - Taka promocja na cały świat. Ty to
się umiesz urządzić. Nawet nie zjadł twoich czekoladek, a już załatwiony.
Dostałeś zlecenie z Torunia? A może to Klubik Krysi podesłał pomysł?
- Przestań!
- Przestań! Mógłbyś chociaż w Wigilię zachowywać się jak człowiek!
- No co ty, to obowiązuje dopiero od północy, takie zwierzęta jak ty i ja
zaczynają mówić ludzkim głosem. Jak sobie popiją… Zawsze możesz mnie zastrzelić,
masz czym. Mam nadzieję, że to wszystko jest naładowane? – wziął do ręki
walthera i przesunął bezpiecznik.
-
Jasne, że tak – pokiwał głową Henryk – inaczej nie byłoby zabawy. Elu, czy
możesz mi nalać jeszcze kompociku? Bo jakoś whisky nie dostałem. A sam nie dam
rady, bo jak widzicie, jedną rękę mam zajętą.
Podniósł do góry niewielki granat.
- A w drugiej trzymam zawleczkę. Mogę ją odłożyć, oczywiście, na chwilę, ale
jedną ręką sobie nie naleję – ten dzbanek jest taki ciężki. W ogóle, wszystko
nagle stało się dla mnie za ciężkie. Dla was, zdaje się, też.
Zapadła cisza. Marek podał ojcu whisky, Elżbieta szklankę kompotu.
- Osiołkowi w żłoby dano… No nic, wezmę oba.
Położył na stole zawleczkę, sięgnął lewą ręką, upił trochę whisky.
- Świetna! Dzięki, tego mi brakowało. I teraz kompocik. Wesołych świąt.
Smartwatch na jego ręku zaczął wibrować, spojrzał z zainteresowaniem.
- Oho, ciekawe kto to mi przysyła życzenia. Przepraszam, jedzcie i pijcie, ja
tylko sprawdzę.
Odłożył granat, który
potoczył się po stole i zatrzymał przy tacy z sernikiem.
*
Cdn.