Maciej Pinkwart

 

Zakopiańskim

szlakiem

Walerego i Stanisława

Eljaszów

 

Mojej Córce Joasi

 

 

 

 

Spis treści

 

 

Odcinek 9

 

 

 

 

Bałamuctwa w wielkim stylu?

 

Śmierć ojca była dla Stanisława szokiem i zapewne nie jest przypadkiem, że rok 1905 stanowi istotną cezurę w życiu, twórczości, nawet zainteresowaniach doktora Eljasza. W kilka dni po pogrzebie pisał ze Lwowa do nieznajomego adresata: Kochany Panie! Dziękuję Wam z serca za słowa współczucia! [...] Nie wierzę w przeczucia i nie wierzyłem dawniej a jednak od kilku miesięcy prześladował mnie jakiś lęk nieokreślony, który się teraz wyjaśnił [...].

Potem próbował podjąć szerokie działania upamiętniające ojca: zorganizować wielką wystawę jego malarstwa, wydać drukiem album jego akwarel, chciał kontynuować zaczęty przez Walerego cykl studiów nad ubiorami w Polsce, zamierzał wznawiać „Przewodniki”... Były to jednak tylko marzenia, wywołane żalem. Rezultat był żaden - skończyło się na planach. Z końcem 1906 r. pisał do matki, że w sprawie wydania reprodukcji prac ojca przeprowadził [...] korespondencję z Japończykami. To wszystko dotąd było w tajemnicy. Teraz Mamusia się dowiaduje pierwsza. Wydam prace Ojca tatrzańskie tak jak dotąd w Europie nic nie było wydane [...]. Teraz dopiero pokażę światu i Polsce czym był Ojciec. Ale, Mamusieczko, to się nie da zrobić tak byle jako. Dlatego niechże Mamusia nie sądzi, że ja zapominam. Ja nie zapominam, ale wtedy, kiedy mnie Mamusia widziała - to był okres bólu strasznego. Ja nie mogłem! Przecież co ja robiłem wtedy? Ile musiałem, siedziałem w domu. Potem uciekałem, bo nie mogłem patrzeć na łzy Mamusi, no, nie mogłem. Więc siedziałem gdzieś w kawiarni, aby się tak umorzyć do zdechu, żeby móc usnąć i nie myśleć [...]. Przeszedłem wiele. Nikt nie wie co i ile. Ale się zmogłem. I teraz jestem silny. Wszedłem w siebie. Uporządkowałem sobie rzeczy od lat zaległe. Jestem znowu tym dawnym, którego nic nie zmoże [...].

Ale nasilają się wówczas negatywne cechy charakteru Radzikowskiego: skłonność do kłótni, megalomania, pomniejszanie zasług innych i podnoszenie własnych. Jeszcze w 1906 r. opracował tatrzański numer lwowskiego tygodnika „Nasz Kraj”, w którym zamieścił kilka interesujących materiałów własnych, niektóre inne inspirował. Spomiędzy wierszy niektórych artykułów przebijają tezy, że Stanisław nie tylko jest największym znawcą Tatr i Podtatrza, ale niejako dziedziczy ciupagę po Janosiku, że jest reprezentantem górali.

Potem przyszło załamanie jego romansu z Solską i nadmiar alkoholu. W efekcie -ciemne momenty życiorysu. W pracach dotychczasowych biografów Radzikowskiego pominięto tę sprawę milczeniem. Oto w dokumentach rodzinnych Stanisława przechował się fragment jego listu do matki z 10 września 1908 r., pisanego we Lwowie:

Najdroższa Mamo!

Piszę na papierze, jaki mam. Chce razz stąd wyjechać. Ponieważ jednak umieściła mnie Mama w zakładzie, więc potrzeba, aby Mama napisała natychmiast do Dr. Jana Świątkowskiego, ul. Dwernickiego, że prosi o wypuszczenie mnie z zakładu. Właśnie z nim o tym mówiłem. On dawał znać do Franciszka, ale ten dotąd nie był, nie wiem dlaczego. Siedzenie moje tutaj jest zupełnie bezcelowe, sam Świątk. mówi, że każdej chwili mogę jechać, lecz jest konieczna ta formalność z listem Mamy. Sam mi mówił, że dlaczego dotąd nic Mama do niego nie pisała, że chce abym stąd wyszedł. Znoszę wszystko cierpliwie, ale w końcu cierpliwość się wyczerpuje. Już chwilami nie wiem co robić. Poza gazetą i to jeszcze z trudnością zdobytą - sam muszę sobie zapełnić czas [...].

A więc - pobyt w zakładzie dla psychicznie chorych? Ubezwłasnowolnienie? Kiedy stamtąd wyszedł? Sam Stanisław Eljasz, indagowany o to po latach przez sądowe władze krakowskie, próbował tę sprawę bagatelizować i nieco inaczej przedstawiał pewne fakty, pisząc w brulionie listu (bez adresata i daty, ale po 1920 r.):

Co pan sędzia wypisuje o wniosku do sądu lwowskiego o zbadanie stanu umysłowego! Otóż było tak: po śmierci ś.p. Ojca mego, którego kochałem nad życie, nie mogłem sypiać. Prof. Gluziński z przyjaźni do mnie spowodował, że przez kilka tygodni byłem w zakładzie prywatnym nerwowo chorych braci Świątkowskich we Lwowie. Na ten czas wyznaczono dla moich spraw opiekuna, nie kuratora, ale tymczasowego obrońcę. Tymczasem okazało się, że mój rozstrój nerwowy nie ma nic wspólnego z chorobą umysłową i pojechałem do Zakopanego.

Wreszcie jest znów „na wolności” i dalej mieszka we Lwowie, choć już nie pracuje w klinice. Popada w długi, procesuje się ze sklepikarzami, upatruje symbolicznego znaczenia w rozmaitych znakach, rysunkach, zwierzętach nawet. Mitologizował góralski łamany „krzyżyk niespodziany”, przez zafascynowanych naraz Tatrami i Orientem pisarzy (Jan Grzegorzewski, Tadeusz Miciński, Ewa Łuskina) utożsamiany z praindyjską swastyką; od dawna zresztą znaczył nim swoje utwory, a na swej karcie wizytowej umieścił prócz swastyki - jeden ze znaków poszukiwaczy skarbów. Znakami tymi interesował się szczególnie, zdaje się nawet, że sam poszukiwał skarbów. Tuż przed pierwszą wojną światową, w coraz rzadszych spotkaniach towarzyskich podejmował długie opowieści o symbolicznych cechach rozmaitych zwierząt, polskich i obcych. Mistyka symboli stała się nawet tematem rozprawy historycznej, w której zawarł prowadzone przez kilka lat badania nad dziejami polskich symboli narodowych: orła i... żubra. W artykule Regnum Poloniae w oświetleniu sfragistyczno-heraldycznym, opublikowanym w 1914 r. w „Kwartalniku Historycznym” dowodził m.in., że orzeł w koronie jako symbol reprezentował niepodległą, silną Polskę, a bez korony - uzależnioną, pozbawioną suwerenności. Jeszcze wiele lat później poważni historycy zupełnie serio dyskutowali z jego tezami. Pewne obsesje dawały o sobie znać w jego życiu już wcześniej - choćby i owo dorabianie sobie szlacheckiego pochodzenia od mitycznego konfederata barskiego Radzikowskiego, uczestniczącego w rzekomym przeprawianiu się przez Tatry konfederackiej armii, która miała przez Goryczkową Przełęcz przeciągać na Węgry nawet armaty... Z biegiem lat ów „przodek” obrósł legendą, literacki pseudonim „Ogończyk” stał się herbem rodowym, a krakowianin od dwóch pokoleń (bo dziadek Wojciech urodził się w Niepołomicach) przydawał sobie jako miejsce urodzenia „rodową wieś” - Radzików.

Lata pierwszej wojny spędził Stanisław jako lekarz w wojsku austriackim. Pisał memoriały do cesarza - po czym ich nie wysyłał, przygotowywał historyczne opracowania - ale ich nie kończył. Okresy urlopów spędzał w Zakopanem, gdzie do 1916 r. mieszkała jego matka. Podejmował nieliczne już wycieczki w Tatry i próbował rozszyfrować wskazówki poszukiwaczy skarbów. W 1917 r. odwiedził Chochołów, gdzie był świadkiem oporu górali przeciw rekwizycji przez wojsko dzwonów w kościele, który przed pół wiekiem zdobił jego ojciec. Był to dlań - znów symboliczny - akt kontynuacji tradycji „poruseństwa” z 1846 r. On sam chciał kontynuować rzekome tradycje ojca, który z osoby pomagającej ochotnikom idącym do Powstania Styczniowego urósł w jego wyobraźni do rangi członka Rządu Narodowego. Wielka miłość do Tatr, szczery patriotyzm (doskonale w jego umyśle godzący się z wiernopoddańczymi listami do cesarza austriackiego) i owa chochołowska symbolika przywiodły go do koncepcji Konfederacji Chochołowskiej, która zbrojnie miała walczyć o ustalenie granic Polski, przede wszystkim w rejonie tatrzańskim.

Jeszcze przed II wojną światową wydrwiwał ją na łamach „Kuriera Warszawskiego” Kornel Makuszyński, który potem, w 1946 r. opisał w „Przekroju” działania Radzikowskiego w artykule Bałamuctwa w wielkim stylu, bawiąc siebie i publiczność zabawnymi anegdotkami i opisami dziwactw Regimentarza Konfederacji. Jan Reychman w swych publikacjach ocenia, że Stanisław był po prostu chory psychicznie, co wyjaśnia jego postępowanie.

Tymczasem Konfederacja nie była wynikiem aberracji umysłowych Radzikowskiego, tylko efektem określonej sytuacji historycznej, a jej upadek nastąpił także z przyczyn historycznych. Oczywiście, pewien sztafaż, kostiumowość i frazeologia bierze się z trudnego charakteru jej twórcy. Ale tylko tyle.

Przecież w owych miesiącach, gdy „Polska wybuchła” i odradzała się po wiekach niewoli - takich i podobnych inicjatyw było bardzo wiele. W samym Zakopanem 31 października 1918 r. ogłoszono zrzucenie jarzma austriackiej niewoli, a na czele polskiej Rady Narodowej pod Giewontem stanął Stefan Żeromski. W listopadzie 1918 r., z ramienia rządu Rzeczpospolitej Polskiej, kierowanego przez Ignacego Daszyńskiego, komendantem wojskowym Nowego Targu został mianowany rotmistrz Mariusz Zaruski, a władze wojskową na południowych kresach sprawował pułkownik Jędrzej Galica.

W tym czasie - czasie tworzenia się tak Rzeczypospolitej Polskiej, jak i Republiki Czechosłowackiej zaistniał problem precyzyjnego wytyczenia granicy państwowej w owym rejonie. Jesienią 1918 r. administracja czeska usiłowała zająć sporne terytoria na północnej Orawie. Wówczas to ludność orawska na wiecu w Jabłonce wybrała polską Radę Narodową, która zwróciła się do Żeromskiego i Zaruskiego o zbrojną pomoc. Polska Rada Narodowa dla Spisza powstała w Lubowli w połowie listopada 1918 r. Na prośbę reprezentacji ludności wojska polskie pod komendą Zaruskiego zajęły północną Orawę (6 XI 1918) oraz Jaworzynę i Zamagurze Spiskie (15 XI 1918). Ale już 13 stycznia 1919 r., na mocy sfałszowanego rozkazu, wydanego rzekomo przez marszałka Ferdinanda Focha, Polska otrzymała polecenie, by wycofać swoje wojska i bez polityki faktów dokonanych dać miejscowej ludności możliwość swobodnego wypowiedzenia się w plebiscycie, do którego państwa chce należeć. Wojsko polskie wycofano - a 23 stycznia 1919 r. na sporne terytorium wkroczyli zbrojnie Czesi. Kryzys rządowy w Warszawie i pierwsze dni gabinetu Paderewskiego sprzyjały tego typu działaniom.

Zresztą, na wszystkich granicach Rzeczypospolitej było niespokojnie, lała się krew, a siły zewnętrzne i wewnętrzne usiłowały obalić nową republikę, a przynajmniej jak najbardziej okroić jej terytorium. O utrzymanie przy Polsce Lwowa i okolicy walczono z Ukraińcami już od l listopada 1918 r. Czesi, wkroczywszy na ziemie polskie, nie ograniczyli się 23 stycznia 1919 r. do okupacji Spisza i Orawy, ale zajęli Śląsk Cieszyński i, mimo zaciętej obrony polskiej, doszli do linii Wisły. Z końcem grudnia 1918 r. w byłym zaborze pruskim wybuchło powstanie wielkopolskie, w którym walczono o przyłączenie tych ziem do Polski. Na ziemiach północno-wschodnich przybyli z Rosji Radzieckiej działacze komunistyczni tworzyli Rady Delegatów, agitujące ludność do bojkotu tworzonej polskiej państwowości i do przyłączenia się do światowej rewolucji bolszewickiej.

W Mińsku, Wilnie, Grodnie i innych ośrodkach tworzyły się polskie oddziały samoobrony - takie właśnie lokalne konfederacje Polaków. Mińsk został opanowany przez zwolenników Białoruskiej Republiki Rad, wkrótce potem komuniści litewscy pod wodzą Vincasa Mickiewicziusa wyparli Polaków z Wilna. W styczniu i lutym 1919 r. do akcji wkroczyły, stając naprzeciw siebie, wojsko polskie i Armia Czerwona.

W tej sytuacji pod Tatrami społeczeństwo polskie mobilizuje się do obrony polskości po obu stronach dotychczasowej rozbiorowej granicy. Na łamach nowotarskiej „Gazety Podhalańskiej” i zakopiańskiego „Echa Tatrzańskiego” zabierają glos wybitni publicyści, apelując o obronę polskich kresów. Władysław Orkan, Kazimierz Krotoski, Wacław Olszewicz, Feliks Gwiżdż, Juliusz Zborowski, Ferdynand Machay w ostrych słowach potępiają czeską agresję. 6 stycznia 1919 r. z inicjatywy Kazimierza Tetmajera powstaje Narodowy Komitet Obrony Spiszą, Orawy i Podhala, którego delegację przyjmują obiecując szerokie poparcie Naczelnik Państwa Józef Piłsudski i premier Ignacy Paderewski. Wkrótce potem konstytuują się władze Komitetu - prezesem honorowym zostaje przewodniczący Towarzystwa Tatrzańskiego, profesor Władysław Szajnocha, przewodniczącym Kazimierz Tetmajer, a jego zastępcami Jakub Zachemski i Stanisław Eljasz-Radzikowski. Na łamy „Echa Tatrzańskiego” - w artykułach jego redaktora, Józefa Diehla - powraca sprawa Chochołowa: wsi - symbolu walki o polskość Podtatrza.

Także w „Echu Tatrzańskim”, a równocześnie i w „Gazecie Podhalańskiej” ukazuje się Rota tatrzańska - wierszydło Stanisława Eljasza, trawestujące Rotę Konopnickiej, w którym roi się od pseudo-staropolszczyzny, od zawołań bitewnych itp. Nie damy ziemi, szczytów Tatr, ni Spisza, ni Orawy! - grzmi Eljasz na początku. A kończy: U naszych leże zdrajca nóg, tak nam dopomóż Bóg! (bis).

Parodiuje to znakomicie kilka numerów „Echa” dalej prześmiewca „Rustan”, nie bacząc na drażliwość autora i hura-patriotyczną atmosferę:

Nasza Orawa, Tatry, Spisz!

Nasz Chramiec, Żychoń, Dluski!

I nasz Czerwony Stawny Krzyż!

Nasz Regiec i Zaruski!

Nie weźmie ich nam żaden wróg.

Tak nam dopomóż Bóg! (bis).

Eljasz połączy wszystką brać.

Chochołów nie daleko.

I ceprów dólskich bedziem prać,

co chcą mieć tanie mleko.

Drzej takim portki, co sił, z nóg!

Tak nam dopomóż Bóg! (bis).

 Prosimy pięknie, Orkan rzekł:

Czech zbójnik jest i kwita,

Spierem go, by hań w prochu legł,

Będzie Rzecz pospolita.

Dać hasło, trąbić w Karpa róg...

Tak nam dopomóż Bóg! (bis).

Prezydent będzie bacą zwan,

Ministry to juhasi,

Harnasiem wódz Galica pan,

Barany ludzie nasi.

W skarbie oscypków będzie huk.

Tak nam dopomóż Bóg! (bis) [...]

Autor, wykpiwając wiele zakopiańskich osobistości, zaczepia wyraźnie Radzikowskiego i jego chochołowskie koncepcje. Kilka miesięcy później Stanisław takich żartownisiów wyzywał na pojedynek.

Z końcem 1918 r. przy Towarzystwie Tatrzańskim powstała komisja ekspertów do spraw Spisza, Orawy i Okręgu Czadeckiego. Stanisław Eljasz przypisywał sobie zasługę zainicjowania tego organu, choć w rzeczywistości jego twórcą był Kazimierz Rouppert. Podobnie jak w latach poprzednich, tylko w jeszcze silniejszym stopniu, Eljasz chciał być monopolistą w zakresie spraw rejonu tatrzańskiego.

Ponieważ oczywiście uznawano jego autorytet w tych sprawach, często przekazywano mu do oceny rozmaite materiały dotyczące Tatr i Podtatrza. I tak Michał Pawlikowski powierzył mu swój memoriał Polskie Górne Węgry, napisany jeszcze w czasie wojny, na użytek Towarzystwa Tatrzańskiego. Radzikowski dokument schował i nie odpowiadał na żadne monity w tej sprawie, mimo iż praca Pawlikowskiego miała być przedstawiona na konferencji pokojowej w Paryżu, jako argument na rzecz przyłączenia do Polski spornych terytoriów Spisza i Orawy.

Bowiem Stanisław także opracował memoriał w tej samej sprawie, drukowany zresztą potem w „Pamiętniku Towarzystwa Tatrzańskiego” (1919-20) pt. Sprawa granicy polskiej od Węgier. Polemizował z nim jeszcze w tym samym numerze geograf Ludwik Sawicki, ale dla Radzikowskiego to nie miało znaczenia. Jego memoriał, jego koncepcje były nie tylko najlepsze, były jedyne.

Dotychczas w przeciwieństwie do ojca był raczej teoretykiem spraw tatrzańskich. Teraz postanowił przejść od słów do czynów. Dla swej koncepcji zjednał kilku wybitnych działaczy spisko-orawskich - księdza Ferdynanda Machaya, Jana Bednarskiego - starostę Spisza i Orawy (na razie rezydującego w Nowym Targu), a nawet Władysława Orkana - i postanowił zawiązać zbrojną konfederację dla obrony granic Polski. Rzeczoznawca w sporze o Morskie Oko, burzyciel wiernopoddańczej tablicy na Gierlachu, autor książki o Powstaniu Chochołowskim, zapragnął teraz wstąpić na narodową scenę jako przywódca górali, następca Janosika i Stefana Czarnieckiego, trybun zarazem ludowy i narodowy. Najpierw był Kazimierz Pułaski i konfederat Radzikowski, potem Romuald Traugutt i Walery Eljasz-Radzikowski, a teraz Józef Piłsudski i Stanisław Eljasz-Radzikowski...

Zawiązanie Konfederacji nastąpiło 4 maja 1919 r. w Chochołowie. Zebrani w kościele na mszy górale wysłuchali wystąpienia Regimentarza, a następnie podpisali manifest - proklamację do Podhalan i wszystkich Polaków, której tekst, pełen historycznej frazeologii, tak typowej dla tego okresu życia Radzikowskiego, przytaczam według ulotki, wydanej przez zakopiańską drukarnię Jana Trybuły:

KONFEDERACJA CHOCHOŁOWSKA

Wielka się w tym dzieje krzywda imieniu polskiemu i Rzeczypospolitej Polskiej, że Ona dotychczas granic nie posiada. Polska można i wielka będąc, kiedy się tylko w sile poczuje, mając kim i mając gdzie, zdoła bój swój każdemu nieprzyjacielowi srogi sprawić, ziemi w granicach słusznych i sprawiedliwych przyczynić, a syny swe szeroko posadowić. Trzeba się jeno policzyć, ludzi do boju sposobnych do gromady zebrać, dzielność rycerską tak sławną Polaków odnowić, a nic ma mocy, któraby nas zmogła i granice nam za ciasne narzucić zdołała.

Jeno, na miły Bóg! zejdźmy się do gromady! wzdobądźmy się na siłę, która w nas iście żywię, a dotąd jeno drzemie.

My tu pod Halami na pograniczu Polski siedzący, strażując czujnie na perci skalanej [gwarowo: skalnej - M.P.], co od Tatr wysoko z pod nieba boskiego Polskę poczynając ku równiom szerokim, het ku Morzu Bałtyckiemu bieży, my gazdowie podhalańscy, my obytelni w Chochołowie, Witowie, Dzianiszu, Koniówce i Wierch-Cichem zebrawszy się dzisiaj, w niedzielę dnia 4-go maja, w święto Floriana najpierwszego patrona Polski, rzemiosła rycerskiego, a naraz i w święto M. B. Królowej Korony Polskiej, za przewodem Dra Stanisława Eljasza Radzikowskiego z Zakopanego, który świadom rzeczy i ku pożytkowi naszemu i dzieci naszych od dawna działając, nam potrzebę Rzeczypospolitej przedstawił, a w przytomności mężów przybyłych z Nowego Targu, których ściągnęła tu do nas miłość wspólnej nam wszystkim Ojczyzny - postanawiamy uroczyście, uchwalamy zgodnie i jednomyślnie Polsce, Macierzy naszej, na pomoc stanąć i wszyscy do gromady za ręce się silnie i z lubością dzierżąc, sprawę powszechną wesprzeć i do skutku ostatecznego doprowadzić.

Przodkowie nasi, pierwsi osadnicy samego tego Chochołowa, chadzali już za przesławnej pamięci króla naszego Stefana Batorego, co gromił moskiewskie bojary, na wyprawy wojenne jako wybrańcy z łanów sołtysich, a z nich to Bartłomiej Kluska, nazwany Chochołowski, za zasługi które okazał w wojnie moskiewskiej, otrzymał osobnym przywilejem królewskim dziedziczne sołtystwo w Chochołowie. Za królów następnych, Zygmunta III, Władysława IV, Jana Kazimierza i Michała Wiśniowieckiego sołtysi Chochołowscy stawali w każdej potrzebie Rzeczypospolitej, dzielnie i chlubnie broniąc swymi piersiami naszej wspólnej Ojczyzny. W czas najazdu szwedzkiego, kiedy, zdało się, już koniec nadchodził Polski, kiedy nieprzyjaciele z wszystkich stron wdarli się w granice nasze, kiedy król Jan Kazimierz uchodzić nawet z ziemi polskiej był przymuszon, kiedy koronę i berło królewskie i szczerbiec Bolesława Chrobrego ukryto, aby nie wpadły w ręce Szweda, kiedy panowie i szlachta ducha stracili i króla prawowitego odbieżali - któż to wtedy jak nie górale, jak nie górale na wielkiej przestrzeni, bo wszyscy mieszkańcy włości nowotarskiej i żywieckiej, powstali i Ojczyzny miłej tak długo sami bronili, aż obudzili się synowie w całej Rzeczypospolitej i wspólnymi zabiegi nieprzyjaciół z Polski wygnali. A kiedy z biegiem czasów Pan Bóg na Polskę zesłał straszne nieszczęście, kiedyśmy popadli w niewolę u obcych, kiedyśmy jęczeli w potrójnych łańcuchach hańby i upadku, w pamiętnym roku 1846, samego tego czasu, kiedy to na dolach za szatańskim podszeptem zbrodniczych Austriaków, lud po wsiach plamił swe ręce krwią bratnią, tu w Chochołowie zerwali się górale przesławnym Powstaniem Chochołowskim i dali przykład na całą Polskę, jak trzeba działać i co należy poczynać wszystkiemu narodowi.

Toteż i teraz, kiedy za zrządzeniem sprawiedliwych wyroków boskich Polska powstała i do nowego odradza się żywota, my Chochołowianie wołamy silnym i gromkim głosem na całą Polskę, „powstań narodzie, wiąż się w gromadę, bo gromada to wielki mąż i broń granic milej Rzeczypospolitej, wspólnej naszej Macierzy ukochanej”.

Przodkowie nasi w czas, kiedy trzeba było wytężyć wszystkie siły w jednym kierunku, umieli to czynić. Stowarzyszali się tak silnie, tak zwarto i tak spójnie, że cel zamierzony musieli osiągnąć. Wiązali się w tak zwaną Konfederacje. Był to związek wszystkich obywateli Rzeczypospolitej, związek ścisły i nierozerwalny pod przysięgą i zobowiązaniem, że nikt się nie odłączy, dopóki cel zamierzony nie zostanie osiągnięty. Konfederację zawiązywano w sprawie nadzwyczaj ważnej, obchodzącej cały naród, stanowiącej dlań bezwzględny obowiązek, święty mus działania, stanowczy nakaz wspólnego wysiłku. Była nią przede wszystkim obrona granic, oczyszczenie kraju z najezdników. Taką przesławną konfederacją była Konfederacja Tyszowiecka zawiązana dla wypędzenia z Polski Szwedów. Taką też była Konfederacja Barska, której imię dotychczas żyje w niewygasłej, świeżej pamięci tu pod Tatrami.

Sięgnijmy i my teraz do tego skarbca naszej wielkiej przeszłości i zawiążmy konfederację, któraby objęła wszystkich obywateli obszernej naszej Rzeczypospolitej, wszystkich obywateli od wsi do miast, wszystkich mężów i wszystkie niewiasty, co polskie serca noszą w sobie i brońmy granic naszych!

Obzywamy się stąd, z tego naszego zakątka na pograniczu, z Chochołowa do braci naszych wszędy, a więc przede wszystkim do wszystkich górali po sąsiednich wsiach pod Halami, do braci naszych na Spiszu i na Orawie i w ziemi Czadeckiej, a potem w całej naszej miłej Ojczyźnie - przystępujcie do Konfederacji, która się tu pod szczytami Tatr zawiązała.

W imię Boga Wszechmogącego, w Trójcy Świętej Jedynego, na popioły naszych przodków, naszych wielkich królów i wodzów, zaklinamy Was, cały Naród Lechicki, rozwiń skrzydła i nie daj kalać orlich gniazd, nie daj ziemi szczytów Tatr, ni Spisza ni Orawy!

Uroczyście i iście święcie, ufni w pomoc Królowej Korony Polskiej, która na nas, wierne poddane, z niebios poziera łaskawie, zawiązujemy konfederację ku obronie granic Polski, ślubujemy wytrwać do ostatka, poświecić życie nasze i mienie nasze, przysięgamy na krew naszą i krew dzieci naszych, wytężyć wszystkie siły nasze i działać tak długo, dopóki zrąb budowy Polski nie stanie mocno, dopóki granice nasze nie będą obronione. Tak nam dopomóż Bóg i niewinna Syna Jego Męka!

Uchwałę tę wspólną i jednomyślną stwierdzamy podpisami rąk naszych i do wiadomości całej Ojczyzny naszej ogłaszamy.

Działo się w Chocholowie, dnia 4 maja R. P. 1919.

Józef Kojs, wójt - Dr Stanisław Eljasz-Radzikowski, przywódca Konfederacji - Jacek Kluska.

Zygmunt Miętus - Jędrzej Wieczorek - Ks. Miodoński, kapelan wojsk polsk. - Józef Styrczula - Jan Skorusa - Jan Ponicki - Jędrzej Zarycki - Jan Kruczek - Jędrzej Krupa - Andrzej Knapczyk gęślarz - Jan Mniszek - Józef Knapczyk - Marian Pałka ppor. - Jan Jesionek – Józef Zych sierżant - St. Bafia – Józef Zych – Józef Michna - Józef Ciul - Jacek Gąsienica - Jędrzej Mniszak - Andrzej Styrczula - Karol König - Michał Zięba - Agnieszka Jarosz - Jędrzej Obyrtacz - Andrzej Kruczak - Katarzyna Kunosek - Maciej Ujeński - Jan Długopolski - Bronisława Ziębówna - Maria Stynupień - Jan Haberny - Aleksandra Blaszyńska - Franciszek Michniewski organista - Adela Janinówna - Antonina Jasica – Maria Góra - Jan Bukowski - Maria Wilczek – Jan Zięba - Maria Tokarska - Zofia Wilczek - Franciszek Staszel - Karolina Bochnak - Wojciech Skorusa - Andrzej Scipta z Głodówki - Antoni Scipta z Głodówki - Jan Snobis - Aniela Stochówna - Bronisława Gąsienicówna - Wiktoria Gutówna - Marianna Mardułówna - ks. Ferdynand Machay - Dr Benedykt Łącki, starosta nowotarski - Kazimierz Pawłowski z Nowego Targu - Stanisław Wróblewski ppłk - Dr Jan Bednarski, starosta spiski i orawski - Dr Zygmunt Kostkiewicz z Zakopanego - Franciszek Pawlica - Wojciech Brzega.

Chodziło zatem Radzikowskiemu o ogólnopolskie „poruseństwo”, na którego czele on sam by stanął. Jasne, że najistotniejsze dla sygnatariuszy były granice w rejonie podtatrzańskim - stąd wśród podpisów nazwiska działaczy spisko-orawskich. Zadbał też przywódca Konfederacji, by na liście tej znaleźli się potomkowie pierwszych sołtysów okolicznych wsi (Kluska, Miętus, Skorupa, Długopolski, Wilczek) oraz uczestników Powstania Chochołowskiego (Kojs, Styrczula, Zych), a także reprezentanci podbitej Orawy (Scipta, Machay).

Bezpośrednim impulsem do zawiązania Konfederacji była zapewne inwazja czeska na ziemie polskie z 23 stycznia 1919 r. Ponieważ zaś wojsko polskie okazało się w tym starciu słabsze i „wycofało się na z góry upatrzone pozycje” dla władz centralnych nie było obojętne nastawienie ludności na tyłach frontu. Major Tadeusz Kasprzycki, późniejszy minister i przewodniczący Związku Ziem Górskich, a podówczas adiutant Piłsudskiego, przekazał Radzikowskiemu wyrazy uznania Naczelnika i poparł projekt Konfederacji. W efekcie dla działań Stanisława udzielono nawet subsydiów z kierowanego przez Paderewskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Twórca Konfederacji uwierzył, że nareszcie znalazł się w szeregu najważniejszych osobistości Polski, że ma za sobą naród, a przed sobą dziejową misję. Pisał do Piłsudskiego, by ten przystąpił do Konfederacji, wygłaszał publicznie wzniosłe przemówienia, przydał sobie tytuł Regimentarza i ogłaszał w prasie swe godziny przyjęć, zabiegał o nadanie mu odpowiedniej rangi wojskowej (majora) ze stosownymi apanażami i samochodem służbowym z obsługą wojskową. Ogólnonarodowy charakter przedsięwzięcia podkreślał Regimentarz także swoim strojem i zachowaniem: podobno z malarskiej rekwizytorni ojca wydobył stary kontusz z czerwonym pasem, wysokie buty z ostrogami, karabelę i w takim przebraniu chadzał po Krakowie wzbudzając sensację wśród przechodniów i śmiech miedzy dziećmi. Złośliwcy znający jego przeszłość w wojsku austriackim przekręcali jego tytuł „Regimentarz” na „K.u.k. Regimentarzt” (c.k. lekarz pułkowy), kiedy zaś przechrzcił się hetmanem - przezwano go K.u.k. Hauptmann (kapitan).

Irytował się niepomiernie, jednak ani stroju, ani zachowania nie zmienił. Subsydia MSZ przepuszczał na, by tak rzec - koszty reprezentacyjne - w dorożkach, w restauracji Hawełki, na zapomogi dla zwolenników Konfederacji. Jednak nadal wierzył w swe historyczne zadanie. Pisał do Solskiej (w niewysłanym zresztą liście): Sam jestem, jak Pani może czytała, hetmanem, zapowiadał, że będzie [...] tak sławny, że sława moja przejdzie za granice, i wiem o tym dobrze.

W tym wszystkim rozpłynął się gdzieś główny cel Konfederacji - orężne działanie na rzecz ustanowienia sprawiedliwych granic Polski. W końcu czerwca dr Eljasz zarządził powszechną mobilizację konfederatów w Krakowie. W wyznaczonym miejscu zjawił się podobno tylko Regimentarz w paradnym stroju, nikt więcej. We mszy św. rozpoczynającej „działania” uczestniczyło jeszcze kilku najętych włościan krakowskich w strojach regionalnych, parę dewotek i obserwatorzy z ramienia Ministerstwa Spraw Wojskowych, którzy zobaczywszy, że Hetman przez całą mszę wzorem praojców leżał krzyżem - chyłkiem się wycofali.

Za niepowodzenie Konfederacji publicyści winili wyłącznie Radzikowskiego. Kornel Makuszyński pisał w 1937 r.: Upojony własnym pomysłem, zanurzył w chmurach jaśnie wielmożną głowę. Za wiele miał wyobraźni, zbyt wiele rozchełstanych wiatrów hulało po tej rozlewnej, pawimi kolorami grającej duszy [...]. Chytre sąsiady grabiły, a pan regimentarz grał wielką rolę. W żargonie teatralnym nazywa się taka rola ..anons z ostrogami”. Jak u Wyspiańskiego - „Strójcie mi, strójcie narodową scenę”, byle tylko grać. Rozlazło się poczciwe chłopisko w fantasmagoriach, urządziło awanturę na wielki kamień, maskaradę i cyrk (...).

A tymczasem ludzie byli już zmęczeni wojną, nadto widzieli wyraźnie, iż rząd w Warszawie lekceważy sprawę Spisza i Orawy, mając do rozwiązania tyle ważniejszych, palących problemów i do obrony tyle innych odcinków granic. Dla reprezentantów okupowanych ziem podtatrzańskich zbrakło nawet miejsca w pierwszym Sejmie Rzeczypospolitej. Uspokajane zapewnieniami aliantów, iż na spornych terytoriach odbędzie się plebiscyt, władze wyasygnowały pewną kwotę na propagowanie polskości na spornych terenach, powierzając sprawę znanym i cenionym działaczom podhalańskim. Radzikowski - słusznie - nie wierzył aliantom, chciał się bić. Panowie w Warszawie liczyli na układy. Błędem dyplomacji Paderewskiego było łączenie kwestii Spisza i Orawy ze sprawą Śląska. Kiedy na konferencji paryskiej polską delegację przyciśnięto do muru w dyplomatycznych bojach - dyplomaci skoncentrowali się na wartościach materialnych, przedkładając walkę o węgiel i rudę nad zabiegi o ulotne w końcu tatrzańskie idee. W efekcie machnięto ręką na górskie granice, koncentrując się orężnie na wschodzie, a dyplomatycznie na zachodzie i północy. Efekt jest znany.

Stanisław Eljasz-Radzikowski nigdy nie złożył buławy hetmana Konfederacji Chochołowskiej. Pisywał memoriały do władz, po czym je przerabiał i najczęściej w ogóle nie wysyłał, skarżył się nawet do Mariusza Zaruskiego, że dyskredytacja jego idei jest wynikiem działalności... szpiegów pruskich.

Teraz już tylko go wyśmiewano. W prasie opisywano go jako dziwaka, Radzikowski wyzywał krytyków na pojedynek, urządzał awantury po kawiarniach, pił na umór, a że subsydia dla Konfederacji skończyły się, podobnie jak i jego praktyka lekarska - by nie umrzeć z głodu wyprzedawał po kolei meble, precjoza, zbiory sztuki, wreszcie pamiątki po ojcu i własne archiwalia.

Nie był już młody: w momencie zawiązywania Konfederacji skończył pięćdziesiątkę. Uwikłany w spory, nieszczęśliwe romanse i piętrzące się jedna za drugą prace zawodowe i naukowe nie założył rodziny. Może w jego mniemaniu nikt nie okazał się go godnym? Pozostał sam w mieszkaniu po rodzicach. Matka zmarła po wojnie, wcześniej jeszcze stracił wszystkie siostry. Ukochany ongi siostrzeniec Tadeusz Siemianowski, ceniony zakopiański korespondent „Ilustrowanego Kuriera Codziennego”, palcem w jego sprawie nie kiwnął.

Stanisław Eljasz liczył zapewne, że Konfederacja Chochołowska, walcząca o granice Polski, poruszy serca Polaków w jeszcze większym stopniu niż kiedyś obrona granicy nad Morskim Okiem. Przeliczył się - epoka romantyzmu tatrzańskiego już minęła. On, historyk, nie dostrzegł biegu historii.

Po upadku Konfederacji zdziwaczał jeszcze bardziej. Unikał ludzi, nie wychodził ze swego pokoju, utrzymywany przez obcych współlokatorów mieszkania w zamian za pozostawienie im w przyszłości prawa do dysponowania jego zbiorami. Jeszcze za jego życia ogromna ta spuścizna zaczęła się rozpraszać. Część trafiła do Muzeum Narodowego w Krakowie, część do Muzeum Etnograficznego, część do Biblioteki Jagiellońskiej. Nieco zdołał zakupić młody student medycyny, zbierający wszystko, co z Tatrami się wiąże - Witold Henryk Paryski, który był jedynym odwiedzającym wówczas doktora Eljasza. Może Radzikowski przypomniał sobie własną młodość, kiedy przed blisko pół wiekiem sam będąc studentem medycyny odwiedzał innego samotnika - zbieracza starych dokumentów, Żegotę Paulego? Młody taternik łatwo znalazł wspólny język ze starym badaczem Tatr. Podczas tych spotkań Radzikowski ożywiał się, snuł nowe projekty, przypominał własne dokonania i - co ważniejsze - odstępował swemu, jak się potem okazało, następcy część ze swoich zbiorów.

Gdy W. H. Paryski w 1933 r. przystąpił do wydawania w Zakopanem pisma taternickiego, dr Eljasz wymyślił dlań nazwę „Krzesanica”. Na łamach drugiego numeru (tylko tyle się ukazało) opublikował artykuł dotyczący nazewnictwa taternickiego, gdzie apelował, podobnie jak przed ćwierć wiekiem Mariusz Zaruski, o zastępowanie nomenklatury niemieckiej - polską. Była to jego ostatnia publikacja.

Zapomniany przez wszystkich swych dawnych współpracowników i „konfederatów”, opuszczony przez rodzinę, zmarł w Krakowie 19 czerwca 1935 r. w wieku 66 lat. Został pochowany na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie, XLVII, rząd 8 nr 6, z dala od ojca, matki i sióstr. Poza W. Paryskim i sąsiadami na pogrzeb nie przyszedł nikt ani z Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego, ani ze środowiska lekarskiego.

Czy jego mizantropia była spowodowana nadmierną, nie zawsze uzasadniona wiarą w siebie, kompleksem wyższości i jednocześnie pewnym pechem życiowym? Czy też, jak utrzymuje Jan Reychman, a za nim inni, była wynikiem choroby psychicznej? Nie ma to w gruncie rzeczy większego znaczenia. Tak jak Walery Eljasz był, mimo wszystkich swoich wad, współtwórcą całej epoki w dziejach poznania Tatr, tak też jego syn był jednym z największych naukowców, jacy kiedykolwiek Tatrami się zajmowali. W wielu dziedzinach prace jego stały się podstawą do dalszych badań. W innych do dziś czekają na kontynuatorów.

 

Odcinek 10 - Posłowie - Bibliografia