Maciej Pinkwart

 

Zakopiańskim

szlakiem

Walerego i Stanisława

Eljaszów

 

Mojej Córce Joasi

 

 

 

 

Spis treści

 

 

Odcinek 8

 

 

 

 

Partner i następca

 

Co to za pociecha dla Ojca. że może sobie z synkiem pogadać o Tatrach. Dawniej to Ojciec chodził do starego Steczkowskiego, co miał, pamiętam, kamizelkę w kwiatki, tą naprawdę, jakby się dzisiaj powiedziało, modernistyczną. Staś wtedy jeszcze był! małym bębnem, a Ojciec mówił: nie mam z kim pogadać o Tatrach, to muszę iść do starego Steczkowskiego. Prawda? Co? - pisał 31-letni Stanisław do ojca. A po jego śmierci do matki: Niech Mamusia zawsze o tym pamięta, że ja, to drugie wydanie Ojca, a więc poprawione - o tyle, że się dużo a dużo nauczyło na życiu Ojca. a teraz musi nie tylko za siebie pracować, ale i za Tego. Podobno już w dzieciństwie, po kryjomu przed ojcem, wczytywał się w uczone rozprawy historyczne, a w młodości studiował po bibliotekach i archiwach mało znane dokumenty i rękopisy. Tak jak nauczycielem ojca był Eugeniusz Janota, tak Stanisław zawdzięcza swoje umiejętności - poza ojcem - bibliotekarzowi krakowskiej ,,Jagiellonki”, etnografowi i literatowi - Żegocie Paulemu.

Ten historyk i badacz folkloru, wydawca źródeł rękopiśmiennych i... lekarz urodził się w 1814 r. w Nowym Sączu jako syn krawca Macieja, spolonizowanego Niemca z Trewiru. Najpierw miał na imię Ignacy Jakub, ale w 1831 r. zmienił je na Żegota, jako bardziej słowiańskie. W tymże roku, za namowa swego proboszcza ks. Michała Głowackiego („Świętopełka”, który w 1846 r. jako wikary w Poroninie był jednym z przywódców Powstania Chochołowskiego), zaczął zbierać pieśni ludowe z Galicji. Podjął wtedy studia na wydziale filozoficznym Uniwersytetu Lwowskiego, a w 1834 r. przeniósł się na Wydział Lekarski. Wówczas też w czasopiśmie „Mnemozyna” ukazał się jego pisany po niemiecku artykuł Opowieści ludu polskiego w Galicji, w którym przytoczył jako pierwszy podhalańską bajkę o śpiących rycerzach w Karpatach. Na przełomie 1835 i 1836 r. Pauli spędził parę miesięcy w więzieniu oskarżony o współautorstwo antyrządowego pamfletu. Publikował potem pieśni ludowe Galicji Wschodniej i Zachodniej, a w 1845 r. przeniósł się do Krakowa, podejmując najpierw pracę jako bibliotekarz i sekretarz Adama Potockiego, potem, od 1870 r. w Bibliotece Jagiellońskiej. Na krakowskim uniwersytecie uzupełnił studia historyczne i lekarskie i w r. 1859 uzyskał absolutorium. Znał biegle kilkanaście języków - klasycznych, zachodnich i słowiańskich.

Główną jego pasją i zajęciem było opracowywanie rozmaitych ineditów, materiałów pamiętnikarskich, starych rękopisów i innych nader interesujących przyczynków do historii Polski.

Był odludkiem, złośliwym i kłótliwym, unikał rozgłosu, mimo że jego prace stawiały go w rzędzie najwybitniejszych badaczy polskich dziejów. Od 1859 r. mieszkał kątem w klasztorze Bonifratrów na krakowskim Kazimierzu, całe dnie spędzając na katalogowaniu i opracowywaniu zbiorów bibliotecznych. Zgromadził też niemały (ponad 7 tys. woluminów) księgozbiór, zawierający cenne rękopisy i dokumenty, w tym dotyczące Tatr i Podhala.

Stanisław Eljasz poznał mrukliwego kustosza podczas poszukiwań w Bibliotece Jagiellońskiej i od razu przypadł mu do gustu. Żegota Pauli, o rok starszy od Stanisławowego dziadka - Wojciecha, miał wiele wspólnego z młodym studentem: medycyna i zainteresowania historyczne, folklorystyka i słowianofilstwo, dzieje Polski i edytorstwo, literatura i dziennikarstwo. Nawet charakter mieli podobny ...

Nic więc dziwnego, że Stanisław Eljasz przy pomocy Paulego dotarł do interesujących zbiorów w archiwach bibliotecznych i państwowych, mógł także do woli czerpać z prywatnej kolekcji bibliotekarza. Ten z kolei, zarażony jego „tatrzaństwem”, u schyłku życia zajął się m.in. problematyką Morskiego Oka, publikując w 1891 r. artykuł Spór o Morskie Oko i przygotowując wydane pośmiertnie w 1899 r. Przyczynki do etnografii tatrzańskich górali.

Pauli zmarł w 1895 r. i został pochowany na cmentarzu Rakowickim, a autorem jednego ze wspomnień pośmiertnych (w „Nowej Reformie”) był Stanisław Eljasz-Radzikowski.

Pierwsza publikacja Stanisława dotyczyła wszakże nie historii czy medycyny, lecz botaniki - 18-letni Eljasz wydrukował w „Pamiętniku Towarzystwa Tatrzańskiego” w 1888 r. notatkę Szarota alpejska, trzy lata później powtórzoną w skrócie w pierwszym numerze „Kuriera Zakopiańskiego”. W innych czasopismach lokalnych znajdziemy także jego notatki z różnych dziedzin (np. jako lekarz klimatyczny publikował wyniki spostrzeżeń meteorologicznych na szpaltach... „Listy Gości” w 1895 r.). Jednakże jego pierwszą prawdziwie samodzielną, większą pracą naukową jest opublikowana w „Pamiętniku Towarzystwa Tatrzańskiego” w latach 1893-94, a następnie jako osobna odbitka wydana w Krakowie nakładem autora rozprawa pt. Tatry Bielskie. Szczegółowy opis geograficzny, dedykowana Ojcu memu, Waleremu Eljaszowi, który mnie wprowadził w świat tatrzański.

Tatry Bielskie - najbardziej na północny wschód wysunięta grupa Tatr, to rejon może najdawniej w tej okolicy zwiedzany przez ludzi i wykorzystywany przez osadników, którzy u ich stóp pojawili się już w XI wieku. Od stuleci pasano tam owce i poszukiwano skarbów. Przyrodników nęciła bujna roślinność tego wapiennego pasma, a turyści - Polacy, niemieckojęzyczni Spiszacy, Węgrzy, Słowacy, zwiedzali je często od początków XIX stulecia. Skomplikowana sytuacja narodowościowa - ludność góralska, chłopska, przeważnie pochodzenia polskiego, osadnictwo niemieckie, teren wcielony do państwa węgierskiego - spowodowała ogromne zamieszanie w nazewnictwie tego obszaru. I właśnie toponomastyce, a także topografii Tatr Bielskich poświęcił Radzikowski swą znakomitą pracę, liczącą 86 stron i opatrzoną mapką i panoramą. Jego dzieło jest do dziś najlepszym tego rodzaju opracowaniem terenu tamtej partii Tatr. Włożył w swą pracę zresztą wiele wysiłku - najpierw badając niezwykle wnikliwie obszerną literaturę (88 pozycji), potem prowadząc wywiady terenowe podczas letnich wycieczek, wreszcie - dzięki zasiłkowi z funduszu naukowego Towarzystwa Tatrzańskiego, zamieszkując w Ździarze, gdzie zajął się szczegółowymi badaniami na miejscu.

Nie miał następców ani w dziedzinie badania toponomastyki Tatr Bielskich, ani jakiejkolwiek innej części Tatr. Sam chciał w podobny sposób opracować grupę Rohaczy - skończyło się jednak tylko na planach. Zajmował się potem także innymi zagadnieniami językoznawczymi, badając np. etymologię nazwy „Zakopane” i przymiotnika „zakopiański” oraz pochodzenie nazwy Tatry.

W sensie naukowym najbogatsze były dla Stanisława Eljasza lata 90. ub. stulecia. Badania prowadzone pod kierunkiem Paulego pozwoliły mu na zapoznanie się z dawnymi kronikami polskich dziejów, a dotarcie do oryginalnych królewskich dokumentów w archiwach krakowskich rozpoczęło żmudne zestawianie dziejów osadnictwa na Podhalu. Wskazówki odnośnie do badań historycznych otrzymywał początkowo także od profesora Karola Potkańskiego - stałego bywalca Zakopanego, przyjaciela Stanisława Witkiewicza.

W czasie gdy był lekarzem klimatycznym w Zakopanem, Eljasz przeszukał nowotarskie archiwum powiatowe, wypisując wtedy, a także i w późniejszych latach, dane dotyczące spraw własnościowych czy częściej - uzyskując urzędowe odpisy nadań królewskich lub starościńskich, aktów notarialnych i metrykalnych z terenu całego Podhala.

Potem, gdy osiadł na stałe we Lwowie, po zakończeniu dnia pracy w klinice szperał w dziale zbiorów specjalnych Biblioteki Ossolińskich, w prywatnych zbiorach Pawlikowskich. W sumie prywatne archiwum Stanisława Eljasza-Radzikowskiego dotyczące dziejów Podtatrza liczy kilka tysięcy kart.

Podobnie jak ojciec, każdą wolną chwilę wykorzystywał na lekturę książek i artykułów, dawniejszych i współczesnych, polskich, spisko-niemieckich, czeskich, słowackich i węgierskich, dotyczących Tatr. Tak jak ojciec, szczegółowo wypisywał interesujące go cytaty. I cały ten ogromny materiał, wzbogacony dodatkowo wielkim prywatnym księgozbiorom Eljaszów, w którym niemało było białych kruków - został wyzyskany tylko w niewielkim stopniu. Działalność twórcza Stanisława Eljasza w dziedzinach tatrzańskich zamyka się właściwie w latach 1893-1905. W tym czasie najwięcej pisał, rysował i fotografował, samemu też zajmując się kopiowaniem odbitek. Potem, po śmierci ojca, mimo iż dysponował świetnymi materiałami - odszedł od pracy naukowej, a publikowane z rzadka artykuły były już znacznie mniej precyzyjne, znacznie mniej naukowe właśnie.

Archiwalne dokumenty posłużyły mu przede wszystkim do kapitalnych rozpraw dotyczących historii Podhala. W 1896 r. w zeszycie 160 Słownika geograficznego Królestwa Polskiego ukazał się jego artykuł o Zakopanem, w syntetycznej formie opisujący topografię, klimat, historię i współczesność coraz modniejszego wówczas uzdrowiska, do dziś będący ważnym źródłem do badań dziejów Zakopanego choć, jak stwierdził sam autor na łamach Przewodnika swego ojca, redakcja wprowadziła do artykułu kilka błędnych zmian. Znalazł się tam m.in. tekst przywileju Michała Wiśniowieckiego dla zakopian, powołującego się na dawniejszy dokument króla Batorego. Historią Zakopanego zajmował się także i później, publikując w „Pamiętniku Towarzystwa Tatrzańskiego” w 1901 i 1902 r. rozprawę Zakopane przed stu laty, natomiast bardzo interesujące dane dotyczące Skalnego Podhala i Tatr zawarł w pracy Polscy górale tatrzańscy czyli Podhalanie i Tatry na początku wieku XIX („Lud” 1897). Było to tłumaczenie z obszernym komentarzem naukowym niemieckiego rękopisu Franciszka Kleina z 1827 r. Autor tego rękopisu był początkowo kierownikiem huty w Dolinie Kościeliskiej (1805-09), a potem leśniczym w Bukowinie i Tatry znał dobrze, nadto był niejako „odźwiernym” do Morskiego Oka - w bukowińskiej leśniczówce zatrzymywali się goście, w pierwszej połowie XIX w. udający się na zwiedzanie „perły Tatr”.

Eljasz zajmował się także szczegółowo zbójnictwem karpackim, publikując w 1899 r. w „Przeglądzie Zakopiańskim” artykuł Zbójnicy przed trzystu laty, a w „Naszym Kraju” w 1906 r. Zbójnicy tatrzańscy.

Następnym obszarem jego badań były dzieje górnictwa tatrzańskiego. Wywodząc rzecz całą z niewielkiego zapisu w Chronica Polonorum Macieja Miechowity, wspierając się podaniamigóralskimi i wypisem z księgi wy datków królewskich z czasów Zygmunta Starego opublikował w 1900 r. w „Przeglądzie Zakopiańskim” artykuł Dawne górnictwo w Tatrach polskich, nie dokończony zresztą z powodu obrażenia się autora na redakcję. Temat ten kontynuował w 1901 r. na łamach tego samego pisma Jan Czubek, a Stanisław Eljasz prowadził dalej badania historyczne, by wreszcie w 1902 r. ogłosić świetnie udokumentowane i ciekawie napisane opracowanie Góry srebrne w Tatrzech otwarte RP 1502 („Pamiętnik TT”, 1902). Już w tej publikacji, która potem wyszła w formie książkowej, widzimy tendencję do archaizacji języka, która na razie dotyczy tylko tytułu (co się tłumaczy 400-letnim odniesieniem historycznym) i... nazwiska autora, który tu występuje jako Stanisław Wojciech Eliasz z Radzikowa Ogończyk Radzikowski. Praca ta do dziś jest jednym z najlepszych źródłowych opracowań tego tematu i korzystają z niej wszyscy zajmujący się górnictwem tatrzańskim.

Obok górnictwa fascynuje go działalność poszukiwaczy skarbów w Tatrach. Już podczas badań u Paulego zapoznawał się z ocalałymi fragmentami „spisków”, czyli jakby przewodników prowadzących do miejsc, w których znajdują się, zwykle zaklęte, skarby tatrzańskie. Próbował sam rozszyfrowywać znaki tajemne poszukiwaczy skarbów, sam szukał ich w terenie, usiłował wędrować za (czasem nader mętnymi) opisami poszukiwaczy. Interesującą pracę na ten temat pt. Skarby zaklęte w Tatrach opublikował w paru odcinkach w „Przeglądzie Zakopiańskim” w 1903 r.

Ciekawym dokumentem ogłoszonym przez Eljasza jest „spisek” poszukiwacza skarbów nazwiskiem Michał Hrosieński. Rękopisy spisków badał jeszcze Żegota Pauli, który udostępnił odpisy z nich Ludwikowi Zejsznerowi i Izydorowi Kopernickiemu. Ten ostatni opublikował taki odpis w „Pamiętniku Towarzystwa Tatrzańskiego” w 1883 r. pt. Opisanie Gór Karpackich albo Tatrów, w których się znajdują skarby, kruszce i drogie kamienie. Stanisław Eljasz znalazł u Paulego w 1894 r. inny fragment, prawdopodobnie tego samego spisku, a w kilka lat potem odnalazł w lwowskiej bibliotece oryginał, pochodzący z XVIII w., ale w swej treści odnoszący się do połowy wieku XVII. To właśnie spisek Hrosieńskiego. Wspomniana w nim data 1637 r. każe uważać autora dzieła, jak i bohatera opisanych w nim przygód podczas wyprawy podjętej dla zdobycia tatrzańskich skarbów za jednego z najdawniejszych polskich podróżników do Tatr. Palmę pierwszeństwa wszakże nadal dzierży niewiasta - bowiem pionierem turystyki tatrzańskiej jest Beata z Kościeleckich Łaska, która już w 1565 r. odbyła wycieczkę z Kieżmarku do Zielonego Stawu Kieżmarskiego. Jest to zresztą pierwsza w ogóle odnotowana w dziejach wyprawa w Tatry.

Stanisław Eljasz mylnie odczytał nazwisko autora spisku i w 1905 r, opublikował rękopis (także najpierw w „Pamiętniku”, potem w osobnej książce) pod tytułem Michała Chrościńskiego opisanie ciekawe gór Tatrów.

Wśród badań historycznych nie pomijał również historii turystyki. Większość wiadomości na ten temat zdobył pomagając ojcu w wydawaniu Przewodnika. Część z dawnych opisów wycieczek została przez Walerego wykorzystana w jego książce, sporo notatek Stanisława pozostało w rękopisie. Na łamach „Przeglądu Zakopiańskiego” dr Eljasz opublikował artykuły o tatrzańskiej działalności Staszica, przypominał początki turystyki, pisał o Antonim Malczewskim - pierwszym Polaku, który wszedł na Mt. Blanc, cytował zabawne dziełko ks. Benedykta Chmielowskiego Nowe Ateny w jego fragmentach tatrzańskich.

Świadectwem wielkiej erudycji tatrzańskiej Stanisława są także ogłaszane w prasie zakopiańskiej wzmianki i komentarze na temat ukazującej się współcześnie literatury z tego zakresu. W „Przeglądzie Zakopiańskim” przez kilka miesięcy prowadził dział recenzji tatrzańskich.

Natomiast, w przeciwieństwie do ojca, nie ogłaszał opisów swych wycieczek. Może dlatego, że w owym czasie nie miały one charakteru ani odkrywczego, ani przygodowego. Chodził niemal zawsze z przewodnikami, często w towarzystwie rodziny i znajomych. Podejmował także wyprawy dłuższe, dla celów naukowych, fotograficznych lub... malarskich. Bowiem odziedziczone po ojcu talenty obejmowały także uzdolnienia plastyczne. W prowadzonych przezeń Raptularzach, obok tras i czasów przejścia widujemy często kolorowe rysunki, przedstawiające panoramy ze szczytów i przełęczy oraz niektóre detale topograficzne lub przyrodnicze.

Notowane na wycieczkach czasy przejść wykorzystywane były potem przez ojca w jego Przewodnikach. Raptularze Stanisława są o wiele bardziej lakoniczne niż Walerego, rzadko opisują szczegóły trasy lub inne ciekawostki, nie ma w nich całkiem wzmianek osobistych.

Spójrzmy, jak wyglądała wycieczka na Czerwone Wierchy i Giewont, odnotowana przez 20-letniego Stanisława 4 września 1889 r.:

8.00 - Wyjazd z domu

8.35 - Zajazd w Kuźnicach

8.45 - Wyruszenie w drogę

9.10 - Kalatówki. Ścieżką leśną nad lewym a potem prawym brzegiem potoku Kondrackiego

930 - Droga jezdna ku Kondratowej pol.

9.45 - Kondratowa Polana. Spoczynek przy najwyższym szałasie

10.15 - Odejście

10.35 - Początek ścieżki w zakosy za żlebem

11.30 - Schronisko nowe pod Kopą Kondracką

12.30 - Odejście

1.15 - Małołączniak

2.10 - Odejście na Krzesanicę

2.25 - Krzesanica (dobrze idąc). Powrót 13'

3.10 - Odejście z Małołączniaka

3.23 - Pod Kopą Kondracką

3.30 - Kopa Kondracką

3.57 - Przy ścieżce do Piekła z najniższej przełączki

4.20 - Szczerbina w Giewoncie

4.55 - Odejście

5.12 - Początek ścieżki w zakosy do Piekła

5.44 - Szałas najwyższy na Pol. Kondratowej

5.55 - Odejście drogą jezdną

6.07 - Początek ścieżki na bok na lewo na Kalatówki

6.23 - Kalatówki

6.45 - Kuźnice

Czyli cała trasa zajęła Stanisławowi 10 godzin i 10 minut, z odpoczynkami. Według współczesnego nam przewodnika Józefa Nyki Tatry na przejście tej trasy, bez żadnych odpoczynków potrzeba 7 godzin i 20 minut.

Pierwszą kilkudniową wycieczkę na południową stronę Tatr odnotował w swym Raptularzu w 1885 r., kiedy to w dniach 12-16 sierpnia przeszedł z Kuźnic przez Goryczkową Przełęcz na Zawory (z wypadem na Gładką) i dalej, przez Ciemne Smreczyny i Koprową Przełęcz na nocleg w kolebie w Dolinie Mięguszowieckiej. Nazajutrz dojście nad Popradzki Staw i przez Dolinę Złomisk do Smoczego Stawu, gdzie zła pogoda zmusiła turystów do powrotu nad Popradzki. Po noclegu nad Szczyrbskim Jeziorem przejazd koleją ze Szczyrby do Popradu, a następnie Szmeksu, czyli dzisiejszego Smokowca. W kolejnym dniu zwiedzanie okolic Łomnicy, pociąg do Kieżmarku, nocleg w zajeździe pod Bielską Jaskinią. W ostatnim dniu - zwiedzanie jaskini i przez Podspady, Jurgów i Bukowinę powrót do Zakopanego.

We wrześniu 1900 r. wybrał się Stanisław znów na dłuższą wyprawę na południową stronę, tym razem w towarzystwie zakopiańskiego malarza Kazimierza Brzozowskiego. Trasa wiodła z Roztoki do Ciężkiego Stawu, a potem przez Wagę i Rysy do Popradzkiego Stawu. Nazajutrz przez Złomiska na Wysoką i z powrotem na nocleg do Popradzkiego. Następnego dnia - Osterwa, Tępa, Kończysta z zejściem do Batyżowieckiej Koleby na nocleg. Kolejny dzień - przejście pod Gierlachowskim Kotłem do Doliny Wielickiej i wreszcie 28 września 1900 r. - wejście na Gierlach. O tym fragmencie wycieczki pisał Stanisław do rodziców: Zupełna tajemnica, ani słowa nikomu: zrzuciliśmy tabliczkę marmurową z Garłucha z napisem złoconym madziarskim Ferenz Jozsef Csucs, nie mogliśmy jeszcze zrócić [!] tej drugiej, wielkiej tablicy, bo byli z nami górale, a tę mniejszą zrzuciliśmy, gdy oni spali”.

Tę relację Radzikowskiego, spisaną nazajutrz po powrocie z wycieczki „prostował” w 38 lat później w „Taterniku” Juliusz Zborowski, twierdząc na podstawie rozmowy z Kazimierzem Brzozowskim, że góralscy przewodnicy brali udział w owej „akcji na Gierlachu” z wyjątkiem Klimka Bachledy, który do tej antycesarskiej działalności ręki nie przyłożył, zaś cytowany list Radzikowskiego jest przejawem jego rzekomego mitomaństwa.

Trudno dziś wyrokować, jak było naprawdę. Radzikowski był z pewnością mitomanem, ale nie wtedy i nie w takich sprawach.

Natomiast z pamięcią Brzozowskiego nie było najlepiej: na podstawie jego opowiadania opisano ową akcję także w czasopiśmie „Zakopane” w 1938 r. nie tylko myląc o 9 lat datę tego wydarzenia, lecz także podając, że prócz Brzozowskiego i Radzikowskiego byli wtedy na Gierlachu przewodnicy Klimek Bachleda i Staszek Helios. Może to jest ten góral zrzucający tablicę? Jeśli tak, to sprzeczności nie ma: jest co prawda w Zakopanem rodzina Strączków, używająca przydomka Helios, ale w tym przypadku wątpliwości nie ma: Staszek Helios to przecież właśnie Stanisław Eljasz-Radzikowski, syn starego „Pana Heliosa”, jak Eljasza nazywali górale.

„Szczyt Franciszka Józefa” - to nazwa, którą na wniosek wybitnej węgierskiej taterniczki Teresy Egenhoffer nadał Gierlachowi zarząd Węgierskiego Towarzystwa Karpackiego w 1896 r. Ta sama dama ufundowała ową większą tablicę, upamiętniającą 1000-lecie królestwa Węgier i 48-lecie „mądrego panowania” Franca Józefa. Tę drugą rozbito po I wojnie światowej.

Gierlach kusił i w późniejszych latach innych „ojców chrzestnych” - po pierwszej wojnie Czesi nazwali go Szczytem Legionistów, a po drugiej - Szczytem Stalina. Nie trzeba dodawać, jak bardzo owe nazwy nie podobały się taternikom. Obecnie na szczęście zaniechano koniunkturalnego zmieniania nazw szczytom i kontrowersja wokół nazwy najwyższego szczytu Tatr dotyczy tylko tego, czy pisać ją należy „Gierlach” czy też „Gerlach”.

Zainteresowanie krainą po południowej stronie Tatr także łączyło obydwu Eljaszów. Już Jan Grzegorzewski notował w „Almanachu Tatrzańskim”, że Walery Eljasz pierwszy przypominał współczesnym Polakom, iż Spisz był związany z Polską nie tylko prawem zastawu z 1412 r., lecz także swą historią i etnografią. Zaś syn jego, Stanisław, pierwszy badał ten obszar naukowo.

Bliska była Eljaszom zresztą nie tylko Słowacja, ale i Czechy. Walery przyjaźnił się z czeskim krajoznawcą i autorem pierwszej czeskiej książki o Tatrach - Karelem Drożem, który zresztą swoją pracę oparł w dużej mierze na Przewodniku Eljasza i opublikował w 1879 r. pt. Tatry - m.in. z jego ilustracjami. Bliskim znajomym i ojca, i syna był także czeski pisarz Edward Jelinek, propagator Tatr i Zakopanego wśród swoich rodaków i orędownik przyjaźni narodów słowiańskich. W 1893 r. opublikował on broszurę Zakopane v polskych Tatrách, z rysunkami Walerego Eljasza i Stanisława Witkiewicza. Gdy podczas kolejnej bytności Jelinka w Zakopanem w 1892 r. z inicjatywy Sienkiewicza goście uzdrowiskowi wręczyli czeskiemu przyjacielowi Polski i Polaków pamiątkowy adres - Walery wykonywał jego winietę. Natomiast Stanisław z pomocą Jelinka poznawał język i literaturę czeską. Eljaszowie także przyczynili się do zrealizowania projektu Sienkiewicza, by po śmierci Jelinka w 1897 r. umieścić w Dolinie Strążyskiej poświęconą mu pamiątkową tablicę, dwa lata później uzupełnioną jego podobizną, wykonaną w płaskorzeźbie przez Tadeusza Breyera. Stanisław Eljasz utrzymywał liczne kontakty z działaczami turystycznymi i naukowcami na ziemi słowackiej, zwłaszcza na Spiszu, studiował prasę i literaturę południowych sąsiadów, sam publikował artykuły w prasie spiskiej, spisko-niemieckiej, węgierskiej i słowackiej. Interesował się również tamtejszym folklorem i nawet ogłosił drukiem we Lwowie w 1899 r. przegląd piśmiennictwa słowackiego na tematy ludowe w książce Z folklorystyki słowackiej oraz artykuł Lachy w Polsce i na Słowaczyźnie. Problematykę ludową poruszył ponadto w artykule Gierlachov, malo známá slovenska vesuce w Tatrach, opublikowanym w piśmie „Česki lid” w Pradze w 1901 r. Folklorem interesował się zresztą w szerszej skali i zainspirował wydanie w 1901 r. przez Towarzystwo Ludoznawcze książki angielskiego pisarza George’a Laurence’a Gomme’a Folklor. Podręcznik dla zajmujących się ludoznawstwem, w polskim przekładzie swego (ówczesnego) przyjaciela Wojciecha Szukiewicza z własną interesującą przedmową.

Marginesem twórczości Stanisława była beletrystyka. Ogłosił drukiem kilka opowiadań pod pseudonimem Stanisław Ogończyk, w tym niektóre w gwarze góralskiej.

Wśród prac historycznych Radzikowskiego szczególne miejsce zajmuje książka Powstanie chocholowskie w roku 1846, opublikowana we Lwowie w 1904 r. z nieco szokującą dedykacją: Dzielnym Chochołowianom, potomkom króla Stefana Batorego.

Od 1871 r. Walery Eljasz interesował się Chochołowem. W r. 1872 opublikował w „Wieńcu” artykuł o tej wsi, jednakże nie pisał tam nic o Powstaniu. Dopiero w 1884 r. w poznańskim „Dwutygodniku dla Kobiet” w swej Kartce z dziejów Podtatrza podał nieco informacji o tym wydarzeniu.

Powstanie Chochołowskie wybuchło 21 lutego 1846 r. pod wodzą Chochołowskiego organisty Jana Kantego Andrusikiewicza oraz księdza Leopolda Kmietowicza z Chochołowa. Rebelia, wymierzona przeciw austriackiemu panowaniu, w myśl koncepcji polskich patriotów z Edwardem Dembowskim na czele miała objąć całą Galicję i być skoordynowana z analogicznymi ruchami w pozostałych zaborach. Jednakże szczwana dyplomacja Klemensa Metternicha doprowadziła do tego, że agenci austriaccy wpoili w chłopów polskich w Galicji przekonanie, iż powstanie, które ma wybuchnąć w 1846 r. organizują polscy panowie przeciwko cesarzowi austriackiemu dlatego, że ma on znieść poddaństwo chłopów. Zatem należy wystąpić przeciw panom, a Austria chłopom pomoże.

18 stycznia 1846 r. w wolnym mieście Krakowie ustanowiono polski Rząd Narodowy. W Galicji stacjonowało wtedy zaledwie 10 tysięcy kiepskiego wojska austriackiego, więc akcja miała wszelkie szansę powodzenia. Wybuch powstania naznaczono na noc z 21 na 22 lutego.

Tymczasem za pośrednictwem starostów powiatowych i wójtów Austria wezwała chłopów do zbrojenia się, łapania powstańców i odstawiania ich do miast powiatowych. Za zabitego powstańca - a rozumiano przez to każdego przedstawiciela szlachty - płacono 10 reńskich, za żywego po 5. Rząd rozpuścił wojskowych urlopników i niższych urzędników, którzy w przebraniu chłopskim stawali na czele band zbałamuconych włościan. „Rzeź galicyjska” (o której gubernatorzy galicyjscy mówili, że będą to 3 dni wojny, a po nich 100 lat pokoju) szczególnie krwawo przebiegała w powiatach tarnowskim i bocheńskim, a ponurą sławę morderców polskiej szlachty zdobyli przede wszystkim starostowie - tarnowski Preindl i bocheński Berndt oraz herszt chłopski Jakub Szela, wszyscy trzej opłacani z kasy rozbiorowego mocarstwa.

Chłopska rabacja nie objęła Podhala. Atmosfera przedpowstaniowa, wytworzona politycznymi kazaniami księży poronińskich i chochołowskich, podsycana przez wysłanników Rządu Narodowego - Juliana Goslara i Mikołaja Kańskiego zjednała dla idei patriotycznych większość chochołowian. W ostatniej chwili wybuch powstania galicyjskiego odwołano. Ale wiadomość ta nie dotarła do wszystkich spiskowców i w niektórych miejscowościach podjęto źle przygotowane i nie skoordynowane działania przeciw zaborcom.

Powstanie wybuchło w Chochołowie - ale nie pociągnęło za sobą dalszej okolicy. Nieufni górale, wśród których także prowadzili swoją robotę szpiedzy, czyli „czujnosi” austriaccy, w większości pozostali obojętni dla sprawy narodowej. Wobec chochołowian, którym bez ofiar w ludziach udało się wykonać kilka antyaustriackich gestów (zdobycie posterunku granicznego, rekwizycja pieniędzy z komory celnej, rozbrojenie leśniczówek w Witowie i Kościeliskach) zastosowano podobną metodę jak wobec polskiej szlachty. Stare to i wypróbowane metody działania zaborczych mocarstw, usiłujących zwykle skutecznie stłumić wolnościowe dążenia Polaków - rękami innych Polaków, którym uda się wmówić, że ci pierwsi stanowią dla nich zagrożenie.

Powstanie górali z Chochołowa stłumili w zarodku... górale z Czarnego Dunajca, Podczerwonego i okolicy, którym będący na żołdzie austriackim urzędnicy wmówili, że cała ta „rabacja” ma na celu ograbienie ich wsi.

Jakub Szela otrzymał od rządu austriackiego, poza stosownym wynagrodzeniem, złoty medal „Bene meriti” - dobrze zasłużonemu. Niektóre publikacje przez długie lata przedstawiały go jako trybuna sprawy ludu i prekursora walki klas.

Wójt Czarnego Dunajca i jeden z tamtejszych gospodarzy dostali także medale i gratyfikacje pieniężne, a gminy Czarny Dunajec i Podczerwone podziękowanie na piśmie od władz zaborczych.

Powstanie Chochołowskie upadło w trzecim dniu. Ale sam fakt, że zostało zorganizowane, odbił się szerokim echem w całej Polsce. Na, niesłusznej w tym przypadku, zasadzie pars pro toto, młodopolscy chłopomani przedstawiali ogół górali jako wybitnych patriotów walczących z zaborcami i przeciwstawiali ich „dólskim chłopom”, którzy podnieśli rękę na polską szlachtę za austriackie srebrniki.

Podział taki, jak wszystkie czarno-białe podziały w życiu społecznym, był oczywiście błędny. Nie brakło patriotów i poza Podhalem, nie brakło i na Podhalu „cysarskich chłopów”.

Symboliczny wymiar chochołowskiemu „poruseństwu” nadano dopiero w kontekście rodzącej się w latach 90. ubiegłego wieku legendy tatrzańskiej. Tatry jako symbol narodowej jedności i niezniszczalności polskiego bytu państwowego, owe „wolności ołtarze” i lud u ich stóp osiadły, w patriotyzmie dający wzór innym - znakomicie uzupełniały się w literaturze, służyły propagandzie polskości, uzupełniały teorie o stylu zakopiańskim jako stylu pra- i wszechpolskim.

Walery Eljasz znał się blisko z Romanem Andrusikiewiczem, wnukiem Jana Kantego - współorganizatora powstania. Od niego dowiedział się o pamiętniku, który według opowiadań chochołowskiego organisty spisał Zygmunt Kaczkowski. Dokument ten znajdował się w muzeum polskim w Raperswilu. Tak twierdził Walery. Zaś Stanisław w jednym z listów do ojca informował go, że w lwowskiej bibliotece Ossolińskich odnalazł pamiętnik Andrusikiewicza -jak się później okazało będący niedokładnym odpisem egzemplarza raperswilskiego. Tak czy inaczej, Eljaszowie weszli w posiadanie tekstu oryginalnego i zdaje się ojciec przygotowywał jego wydanie, zaś Stanisław miał je poprzedzić wstępem historycznym. Ale studia nad sprawami Chochołowskimi przeciągnęły się i junior wstrzymał wydanie - co ojciec miał bardzo za złe, uważając nie bez racji, że jest to próba przejęcia odkrytego przezeń tematu.

Stanisław tymczasem zgromadził, najczęściej w uwierzytelnionych odpisach, wiele dokumentów dotyczących najdawniejszych dziejów Chochołowa, począwszy od końca XVI wieku, od czasów owego Bartłomieja Kluski-Chochołowskicgo, który za zasługi w bitwach z Moskwą otrzymał od swego wodza, króla Stefana Batorego, dziedziczne sołtystwo w Chochołowie.

Zebrawszy także nieco więcej informacji o samym powstaniu, w końcu 1901 r. Stanisław opublikował tekst pamiętnika Andrusikiewicza z własnym wstępem na łamach „Tygodnia” - dodatku literacko-naukowego „Kuriera Lwowskiego”. Druk ten załatwił, jak już wiemy, Walery, on też dostarczył ilustracji do artykułu.

Jeszcze dwa lata Stanisław poszerzał tę wersję, by wreszcie w końcu 1903 r. ukończyć pracę. Powstanie chocholowskie w roku 1846 ukazało się jako osobna książka, z odautorskim wstępem, przedstawiającym dzieje Chochołowa i ogólny opis powstania, a w treści zawierało pamiętnik J. K. Andrusikiewicza, kilka listów organisty i list Chochołowskiego kowala, Jana Zycha, do syna Andrusikiewicza - Teofila, ogółem 132 strony.

Po raz trzeci do tego tematu powrócił Stanisław w 1911 r., kiedy to pod tytułem Powstanie chocholowskie wydał w Krakowie niespełna 50-stronicową, popularną książeczkę, opisującą tło i przebieg „poruseństwa”. Chochołów miał się jeszcze raz pojawić w jego życiu po I wojnie światowej.

Inną pasją, wspólną Waleremu i Stanisławowi, było tatrzańskie Morskie Oko. Bywali tam od początków swych kontaktów z Tatrami, szlakami przez góry i furką góralską, z północy i z południa. Jednakże przede wszystkim obaj Eljaszowie czynnie uczestniczyli w działaniach na rzecz obrony polskich praw do Morskiego Oka podczas słynnego sporu granicznego.

Spór o granice tatrzańskie ma długą historię, sięga bowiem aż do początków polskiej państwowości i szczegółowe jego omówienie odłożyć należy do osobnej publikacji. Szczególnie ostry przebieg przyjął jednak w latach 90. ubiegłego stulecia. Toczył się on zarówno w sferze politycznej - chodziło o wyznaczenie granicy państwowej między Galicją a Węgrami, jak i w sferze prywatnej, dotycząc rozgraniczenia dóbr jaworzyńskich i białczańsko-zakopiańskich. W 1879 r. część dóbr Aladara Salamona (dobra jaworzyńsko-lendackie) zakupił pruski magnat, książę Christian Hohenlohe, a w 10 lat później właścicielem obszaru po polskiej stronie został hrabia Władysław Zamoyski. Hohenlohe, dziedzicząc niejako dawne pretensje graniczne Palocsayów dążył do przesunięcia granicy swej posiadłości na zachód.

Bezpośrednio przed rozbiorami linia graniczna biegła wzdłuż rzeki Białki, wg jednych interpretacji - do górnych pięter Doliny Białej Wody, na przełęcz Rohatka lub Polski Grzebień, wg innych - do Doliny Jaworowej, na Przełęcz pod Kopą, pozostawiając po polskiej stronie północną stronę Tatr. W 1795 r. rozgraniczając zabrane w wyniku rozbiorów ziemie polskie między cesarstwo Austrii a królestwo Węgier, na podstawie fałszywych interpretacji kartograficznych przesunięto granicę na zachód, na linię Rysy - grzbiet Żabiego - Białka. Następnie wg sfałszowanej mapy wykonanej przez barona Seegera - pułkownika wojsk austriackich, podczas zaboru starostwa nowotarskiego w 1770 r. Węgrzy usiłowali jeszcze dalej przesunąć granicę argumentując, że ma ona biec wzdłuż rzeki Białki, która - wg Seegera - wypływa z Morskiego Oka. A zatem, biegnąc dalej wzdłuż tej linii, rozgraniczenie między Węgrami a Galicją winno przecinać na pół Morskie Oko i następnie wznosić się albo na Mięguszowiecki Szczyt Czarny, albo na Mięguszowiecką Przełęcz pod Chłopkiem. Argumenty polskiej strony wykazywały, że to Rybi Potok wypływa z Morskiego Oka i jest dopływem Białki, która to rzeka albo powstaje z połączenia Białej Wody z Rybim, albo wręcz jest w swym górnym biegu nazywana Białą Wodą.

Przedmiotem sporu był zatem niewielki skrawek Doliny Rybiego Potoku, poza lesistym stokiem Żabiego i położonymi pod nim pastwiskami - złożony z kompletnych nieużytków. Hohenlohemu chodziło o rozszerzenie swego „państwa” i powiększenie rezerwatu myśliwskiego, góralom białczańskim - o utrzymanie prawa swobodnego wypasu na hali Żabie, a całej Polsce o obronę kilkukilometrowego odcinka granicy Polski. Czyli kraju, którego na mapach nie było... Dodatkowej ekscytacji patriotycznej przydawał w polskim społeczeństwie fakt, iż w owym czasie jedną ze stron sporu był znienawidzony Prusak, drugą - polski patriota.

Austria, a prawdę powiedziawszy i władze Galicji też, niezbyt interesowały się przebiegiem granicy w Tatrach. Dopiero chyba Walery Eljasz w r. 1883, podczas osobistej rozmowy z marszałkiem krajowym, czyli jakby premierem Galicji, Mikołajem Zyblikiewiczem, skłonił go do zajęcia się tą sprawą.

Hohenlohe, popierany przez władze węgierskie, starał się doprowadzić do zmiany granicy metodą faktów dokonanych. W 1891 r. kazał wznieść dom nad brzegami Morskiego Oka, przeznaczony dla własnej służby leśnej - górale budynek spalili. Nowa strażnica stanęła w 1894 r. - białczanie, przewodnicy tatrzańscy i służba leśna Zamoyskiego sprawili, że i ona długo nie stała. Gwałty „jegrów” Hohenlohego i żandarmerii węgierskiej, odpierane przez Polaków, stawały się przedmiotem poselskich interpelacji, omawiano je także niejednokrotnie na posiedzeniach różnych gremiów Towarzystwa Tatrzańskiego.

Walery Eljasz czynnie uczestniczył we wszystkich tych poczynaniach. Wespół z synem dostarczał materiałów topograficznych, historycznych i toponomastycznych dowodzących - na rozmaitych płaszczyznach - polskości spornego terytorium. Na podstawie ich badań napisano niejeden memoriał i interpelacje. Wiece gości i członków Towarzystwa Tatrzańskiego odbywające się w Zakopanem, na których poruszano kwestię Morskiego Oka, były trybuną płomiennych, a zarazem rzetelnie udokumentowanych wystąpień Eljaszów. Junior współdziałał w 1894 r. w opracowywaniu podstawowej dla udokumentowania polskich praw publikacji Aleksandra Czołowskiego Sprawa sporu granicznego przy Morskim Oku, senior zaś był dla wielu zakopiańczyków tak jednoznacznie związany z walką o polskość tego terenu, że kiedy górale zniszczyli ustawione przez służbę Hohenlohego słupy graniczne z jego monogramem - dwa z nich przyniesiono Waleremu do „Eljaszówki” na pamiątkę.

23 września 1901 r. Wydział Towarzystwa Tatrzańskiego powołał stałą komisję do spraw Morskiego Oka, z drem Stanisławem Ponikłą na czele. Jej działalność miała wspierać wysiłki polskiej delegacji rządowej, gromadzącej dowody dla przyszłego procesu przed sądem międzynarodowym. Bowiem już w 1896 r. Galicja i Węgry zgodziły się na przebadanie i rozstrzygnięcie sprawy przed trybunałem rozjemczym, latami jednak sąd ów nie mógł się ani ukonstytuować, ani uchwalić swego statutu.

Tymczasem na teren sporny wprowadzono węgierską żandarmerię. W lipcu 1901 r. pod osłoną bagnetów Węgrzy przystąpili do budowy posterunku nad brzegiem jeziora, przy kompletnym désintéressment ze strony władz galicyjskich, ba! - jak się później okazało, za namową tychże władz. „Przegląd Zakopiański” gorzko komentował: Chwilowo wzburzona opinia publiczna da się prawdopodobnie łatwo uspokoić, Węgrzy wykażą, że zarządzenia ich żandarmerii mają na celu bezpieczeństwo spornego terytorium, miejscowej ludności lub służby hr. Zamoyskiego [...]. Zaniepokojony o kawał ziemi polskiej ogól ucichnie i Niemcy na spólkę z Węgrami zawładną Morskim Okiem. A my płakać będziemy.

W innym miejscu na łamach tego samego tygodnika Walery Eljasz nawołuje wręcz do odpowiedzenia na gwałt siłą, bo ślamazarne dowodzenie swoich praw do niczego nie prowadzi. W chwili- twierdzi nie bez racji dalej - gdy Węgrzy sięgnęli po stoki Żabiego nad Morskim Okiem i zażądali ich oderwania, należało Polakom wystąpić o zwrot cale j doliny Białej Wody po Polski Grzebień i grzbiet, oddzielający Dolinę Jaworową tak, jak szła granica przed grabieżą dokonaną w r. 1769 pod dowództwem barona Seegcra.

Artykuł ten - Spór o granicę w Tatrach stał się podstawą dyskusji na wiecu członków TT w sprawie Morskiego Oka w dniu 30 lipca 1901 r. Głównym referentem miał być Walery, lecz jak już wiemy, został „ogłoszony emerytem” przez syna i przezeń zastąpiony. Wśród przyjętych tam rezolucji był apel dra Eljasza o szybkie zwołanie sądu międzynarodowego, po uprzednim bezzwłocznym usunięciu żandarmów węgierskich znad Morskiego Oka. Inni dyskutanci żądali powołania ogólnokrajowej, tj. galicyjskiej komisji dla obrony tego terytorium, w skład której weszliby przedstawiciele władz TT, sejmu i prasy, oraz trzy osoby prywatne - właściciel spornego terytorium Władysław Zamoyski oraz Walery i Stanisław Eljaszowie. Na wiecu przyjęto memoriał autorstwa Stanisława, który następnie wręczono władzom galicyjskim. Po miesiącu na kolejnym wiecu dr Eljasz ponownie referował aktualny stan sprawy Morskiego Oka.

Artykuł Walerego w „Przeglądzie Zakopiańskim” na podstawie dokumentów historycznych, starych map i literatury przedstawiał w syntetycznej formie historię tego obszaru, genezę i przebieg sporu granicznego. I teraz nie wiadomo, czy ojciec czerpał z wiedzy syna, czy odwrotnie - bowiem tego samego lata Stanisław przygotował obszerne studium Spór o Morskie Oko, zawierające te same treści, choć znacznie bardziej pogłębione.

Planował wydrukowanie pracy w „Tygodniku Ilustrowanym”, ale redakcja nie chciała się zgodzić na tak dużą objętość artykułu. Wreszcie rzecz ukazała się na łamach warszawskiego pisma -jednakże tylko jako obszerne omówienie tekstu Stanisława Eljasza - w lipcu 1902 r. Niemal w przeddzień rozpoczęcia się procesu o Morskie Oko.

Sąd rozjemczy, wg ustaleń z 1896 r., miał składać się z arbitrów strony węgierskiej i austriackiej (tak! - kontrpartnerem oficjalnym Węgier w tym sporze była Austria) oraz superarbitra, obywatela obcego państwa. Polacy proponowali początkowo na to stanowisko Niemca, hr. Walwitza, posła saskiego przy dworze wiedeńskim, na co Węgrzy się nie zgodzili, wysuwając z kolei kandydaturę prezydenta najwyższego trybunału Rzeszy Niemieckiej w Lipsku, Ochlschlögera. Ta propozycja została odrzucona przez Polaków. Potem proponowano jeszcze Belga, Szwajcara i znów Niemca - bez skutku. Wreszcie w 1901 r. zgodzono się na byłego przewodniczącego sądu federacyjnego w Szwajcarii Emila Rotta, ale on wyboru nie przyjął. W efekcie superarbitrem został Johann Winkler, prezydent szwajcarskiego trybunału związkowego. Arbitrami zostali - ze strony austriackiej prezes sądu lwowskiego Aleksander Mniszek-Tchórznicki, ze strony węgierskiej - prezes sądu w Preszburgu (dzisiejsza Bratysława) Kalman Lehoczky, koreferentami byli Wiktor Korn i Lajos Laban, obrońcami Oswald Balzer i Gyula Bólcs. Rzeczoznawcą do spraw topografii został wybitny szwajcarski kartograf Fridolin Becker.

Sąd zebrał się w Grazu w Austrii 21 sierpnia 1902 r. Na rozprawę wyjechała, poza arbitrami i licznymi dziennikarzami, m.in. delegacja Towarzystwa Tatrzańskiego: Tadeusz Bednarski, Walenty Staniszewski i Stanisław Eljasz-Radzikowski. Rankiem 20 sierpnia Stanisław pisał z Wiednia do ojca, który kartę otrzymał już nazajutrz w Zakopanem: Siedzę na dworcu południowym w towarzystwie polskim: Zamoyski, Bednarski, Karcz z ,,Reformy” - jedziemy razem. Noc przeszła na kiwaniu się w wagonie wprawdzie sypialnym, ale strasznie trzęsącym. Dowody nowe jeszcze się znalazły, Zam. [oyski] wiezie księgę z Bukowiny z r. 1840 z rysunkiem urzędowym Morskiego Oka. Mamy b. dobre nadzieje, węgierski arbiter jest matoł zupełny.

Po wylosowaniu kolejności przemówień, pierwsze dwa dni przemawiali rzecznicy strony węgierskiej, następnie Polacy. Po przemówieniach arbitrów wystąpili obrońcy, Bólcs i Balzer. Kaleki profesor uniwersytetu lwowskiego, historyk prawa Oswald Balzer zaprezentował głęboko umotywowany wywód, w przygotowaniu którego korzystał m.in. z materiałów Czołowskiego i Eljaszów.

Stanisław Eljasz, jako delegat Towarzystwa Tatrzańskiego, przebywał w Grazu na koszt TT, wysyłając codziennie do Wydziału obszerne telegramy informujące o przebiegu procesu. Po dwóch tygodniach obrad zarządzono wizję lokalną w Tatrach. Sędziowie zjechali najpierw do Krakowa, a następnie 3 września 1902 r. do Zakopanego, gdzie zatrzymali się w pensjonacie Izy Kronhelmowej „Skoczyska” przy ul. Kościeliskiej (dziś w tym miejscu są warsztaty Liceum Sztuk Plastycznych, nazywane popularnie „Strugiem”). Przybył z nimi i Stanisław Eljasz. W czwartek, 4 września, arbitrzy udali się w Tatry w towarzystwie władz powiatowych, członków zarządu Towarzystwa Tatrzańskiego i prasy.

Przebieg wizji lokalnej opisał jej świadek, Walery Eljasz:

Przy ślicznej pogodzie Sąd rozjemczy [...] przybywszy do Roztoki udał się przez polanę do doliny Białej Wody, nad upływ potoku Rybiego. Tu stwierdzili członkowie sądu, że Biała Woda jest głównym strumieniem, a potok od Morskiego tylko bocznym dopływem.

Wróciwszy stąd koło wodospadów Mickiewicza na gościniec przy moście pojechali wszyscy do Morskiego Oka. Stąd po obiedzie udali się na Opalone, dla obejrzenia całej okolicy. Noc spędzili w schronisku. Na drugi dzień, tj. 5/9 w piątek byli na dolinie pod Mnichem i przy Czarnym Stawie. Za Mnichem rano o 5 godz. dla nakreślenia sobie położenia parcel był półkownik [!] Becker, skąd wróciwszy poszedł z całym sądem nad Czarny Staw.

Stamtąd powrócili jedni szalupą, drudzy, a wśród nich sam superarbiter z dr. Eljaszem pieszo wschodnim brzegiem Morskiego Oka. Stąd udali się wszyscy stokami Żabiego śledząc [bieg] naturalnej granicy przed połączeniem się Potoku Rybiego z Białą Wodą.

Z polany Białej Wody pojechali sami arbitrowie powozami drogą prawym brzegiem Białki do Jaworzyny, skąd mieli tego samego dnia stanąć na noc w Smokowcu [...]. Ze Szmeksu ma sąd udać się przez Peszt do Wiednia dla przedstawienia się Cesarzowi, a na 15 września napowrót w Grazu po ponownych naradach spowodowanym poznaniem terenu, ma zapaść wyrok.

O ile naprzód sądzić można, szwajcarscy sędziowie nabrali na miejscu dopiero gruntownego przekonania o słuszności sprawy polskiej w kwestii granicy nad Morskim Okiem.

Zaledwie sąd oddalił się na obszarze Żabiego, ukryci żandarmi z ludźmi Hohenlohego porąbali mostek zbudowany na upływie z Morskiego Oka przy krzykach oburzenia ze strony świadków tego podłego postępku. Dwóch chłopów z siekierami rąbało kładkę, a sześciu żandarmów na komendę oficera z odwiedzionymi kurkami trzymało strzelby przeciw publiczności.

Wyrok zapadł w efekcie nie 15, ale 13 września. Stanisław Eljasz słał natychmiast telegram do Zakopanego:

Tatraverein Zakopane. Wyrok zapadł o wpół do siódmej. - Wygraliśmy - obszar sporny przyznany nam - granica grzbietem Żabiego - na końcu u spływu potoków granica ma być wytyczona w linii prostej

Radzikowski

Ustalono zatem przebieg granicy prawie według przedłożenia Polaków, tak jak biegnie i dzisiaj: od Rysów ku północy granią Żabiego, po czym, w przedłużeniu tej grani do Rybiego Potoku i po 700 metrach, do jego spływu z Białą Wodą. Cała kotlina Czarnego Stawu i Morskiego Oka pozostała po stronie polskiej. Na rzecz Węgier przyznano tylko niewielki obszar leśny (30 morgów) miedzy przedłużeniem linii Siedmiu Granatów a Rybim Potokiem. W końcowym przemówieniu prof. Oswald Balzer wniósł zastrzeżenie do wyroku przedkładając, iż jego przyjęcie nie może być zamknięciem drogi do rozpatrzenia w przyszłości kwestii przynależności państwowej Doliny Białej Wody, odebranej Polsce w wyniku rozbioru. Sąd w Grazu uznał się wszakże za niekompetentny dla rozstrzygnięcia tej sprawy, a przyszłość wykazała, jak wiele racji miał polski obrońca -jedna z najpiękniejszych dolin tatrzańskich nigdy już do Polski nie wróciła.

Dr Eljasz, praktycznie kierujący przebiegiem całej wizji lokalnej, która, jak przyznawali arbitrzy, była rozstrzygająca w całej sprawie, rozesłał do Krakowa i Zakopanego liczne telegramy, informujące o polskim zwycięstwie, a sam pojechał do Innsbrucku zwiedzać Alpy i do Zurichu, by odbyć pod kierunkiem Fridolina Beckera studia nad kartografią szwajcarską.

Tymczasem na ziemiach polskich zapanował nieopisany entuzjazm. W wiciu kręgach fetowano korzystny dla Polski wyrok tak, jakby co najmniej równał się on anulowaniu traktatów rozbiorowych. Trzeźwiejsi Polacy, jak publicysta „Przeglądu Zakopiańskiego”, studzili te zapały: Z niepodległością Polski łączyć zaś tej sprawy nie można. Niewątpliwie i ona podniesie na duchu schorzałe społeczeństwo polskie, ale i tysiąc innych takich zwycięstw Polski nie wskrzesi. Bo Polska - to nie skaliste, choćby i najpiękniejsze, ustronie górskie, ale kości i krew ludu [...].

W Zakopanem goście dowiedzieli się o wyniku procesu z telegramu Eljasza 13 września 1902 r., o 10 wieczór. Tłum zebrał się pod hotelem „Morskie Oko”, by fetować powrót jego tatrzańskiego imiennika do macierzy. To jest - do Austrii, bo tak brzmiała sentencja wyroku... Zorganizowano spontaniczną manifestację ze śpiewami patriotycznymi i przy blasku pochodni goście przeszli ulicami Krupówki, Zamoyskiego, Chałubińskiego, Jagiellońską i Chramcówki do Starej Polany, gdzie przed „Eljaszówką” wiwatowano na cześć Walerego i Stanisława, okrzykując ich bohaterami walki o Morskie Oko. Wielki polski aktor - mąż Ireny - Ludwik Solski, uczestniczący w pochodzie, zaimprowizował wtedy, natychmiast podchwyconą przez tłum, pieśń na nutę Mazurka Dąbrowskiego:

Jeszcze Polska nie zginęła,

Wiwat plemię Lasze!

Słuszna sprawa górę wzięła,

Morskie Oko nasze!

Z tą pieśnią na ustach tłum poszedł dalej ulicą Nowotarską i długo po północy na Krupówkach manifestacja się zakończyła.

Morskie Oko nasze! - pisał do syna Stanisław Witkiewicz, także uczestniczący w tej manifestacji - Sprawiedliwość zwyciężyła. Jest to piękna chwila w historii [...]. Pomyśl, że Polska, która sama jest dla wielu tylko wyrazem - wygrywa taką sprawę i ustala swoje granice - dziś - granice, które od wieków były sporne [...]. Wiec, cieszcie się, Morskie Oko nasze!

 

Odcinek 9 - Bałamuctwa w wielkim stylu