Maciej
Pinkwart
Zakopiańskim
szlakiem
Walerego i Stanisława
Eljaszów
Mojej Córce – Joasi
Odcinek 7
Doktor Eljasz
Pierworodne dziecko, jedyny i nieodrodny syn Walerego, Stanisław Wojciech Eljasz przyszedł na świat 21 kwietnia 1869 r. w Krakowie, gdzie też w parafii Najświętszej Marii Panny został ochrzczony przez wikarego ks. Antoniego Gruszeckiego, w obecności rodziców chrzestnych Franciszka Kuhna i Marii Ilming. Miał dwa miesiące, kiedy na sezon letni przywieźli go rodzice pierwszy raz do Zakopanego. Od dziecka towarzyszył ojcu w wycieczkach i od 10 roku życia, wzorem ojca, prowadził notatki w raptularzach tatrzańskich.
W szkole publicznej był dobrym uczniem, wykazywał wielkie zdolności w przedmiotach humanistycznych i rysunkach, był ogromnie obowiązkowy i dokładny. Cechy te rozwijał w latach późniejszych, gdy został uczniem Gimnazjum św. Anny - tym samym, w którym uczył jego ojciec.
Wzorem ojca systematycznie przygotowywał się co roku do wyjazdu do Zakopanego; 13-letni Staś zanotował w kajeciku:
Rzeczy do zabrania do Zakopanego:
I. Piórnik: ołówki, oprawki, pióra, lak, guma. 2. Linijki. 3. Farby. 4. Album do rys. 5. Cyrkle. 6. Atrament. 7. Gąbka. 8. Szklaneczka. 9. Ekierki. 10. Książki do czytania. 11. Książki do nabożeństwa. 12. Szklanka płaska na wodę. 13. Puszka na owady. 14. Puszka blaszana na owady. 15. Bibuły do suszenia roślin. 16. Gwoździki. 17. Żelaziwa w pudełku. 18. Fotografie. 19. Sznurki. 20. Karty. 21. Kadzidło (proszek kadzidłowy). 22. Szczoteczka do zębów. 23. Notes. 24. Torbeczka podróżna. 25. Marki. 26. Rzemyki.
Książki do czytania, zabrane w roku 1882 d. 2/7 do Zakopanego:
1. Wybór prozy i poezji polskiej dla klas niższych gimnazjalnych wyższych szkól miejskich wydal A. Popliński, Poznań 1844.
2. Meyer's Konversations Lexikon. Illustrationen.
3. Ziemia i jej mieszkańcy. Opisy malownicze krajów, ludów i obyczajów etc. etc. Zebrał Stanisław Stroynowski. Z wieloma rycinami. Warszawa 1877.
4. Zoologia obrazowa dla klas niższych szkól średnich przez Dra M. Nowickiego, Kraków 1876.
Uderza w tej notatce rozległość zainteresowań Stasia oraz... dokładność w zapisie bibliograficznym. Obie te cechy pozostaną mu na całe życie, a precyzyjność cytowania źródeł sprawi, że Stanisław Eljasz-Radzikowski będzie jednym z najbardziej wiarygodnych autorów piszących o Tatrach.
Biblioteczka 13-letniego Stasia jest wcale ciekawa. W krakowskim domu ma do wyłącznej dyspozycji 31 książek, polskich i niemieckich, z historii Polski i historii literatury, geografii, przyrody i liturgii katolickiej. Wśród autorów - wielu przyjaciół ojca: Eugeniusz Janota, Bronisław Gustawicz, Józef Chociszewski, Karol Estreicher, Bogusz Stęczyński, Maksymilian Nowicki.
W krakowskim gimnazjum grono miłośników Tatr jest szerokie zarówno wśród nauczycieli, jak i uczniów. Poza ojcem i ks. Janota uczyli w tej szkole i inni działacze turystyczni - Leopold Świerz, który w 1863 r. poszedł z całą swoją klasą do Powstania Styczniowego, filolog klasyczny i historyk Jan Czubek, nauczyciel francuskiego Wiktor Erard-Ciechomski - późniejszy długoletni prezes Klimatyki i dyrektor Spółki Handlowej, niewiele starszy od Stasia literat i filolog Edmund Cięglewicz... Bliskim przyjacielem Stanisława Eljasza w gimnazjum był jego rówieśnik Stanisław Wyspiański. Zapewne przyjaźń z synem „wielkiego tatrzanisty” była jedną z przyczyn, dla których najmłodszy z naszych narodowych wieszczów zainteresował się bliżej Tatrami i Zakopanem. „Echo z Tatr”, Tatry jako symbol narodowy pojawiają się wielokrotnie w jego twórczości - w Weselu, Warszawiance, Wyzwoleniu, Bolesławie Śmiałym. Projektowana przez Wyspiańskiego scenografia do tej ostatniej sztuki oparta jest na wzorach stylu zakopiańskiego: autor Bolesława, wzorem wielu innych artystów przyjął tezę, iż góralska sztuka jest reliktem staropolskiej, piastowskiej kultury.
24 maja 1901 r. Stanisław Eljasz oglądał we Lwowie premierowy spektakl Wesela. Jak wielu innych, został nim urzeczony: Do oczu cisną się łzy, to krew bije do mózgu całą falą a takie polskie, że aż się coś dzieje w człowieku. Wszystko, czym się nasiąkło z pokoleń i czym się żyje na codzień - ta wielka świętość idei polskiej - bije z tego - pisał w liście do ojca, który Wyspiańskim zachwycony nie był. Co do Wesela - Stanisław polemizował z Walerym -to niech Ojciec nic nie mówi, to wcale nie przesadzone, żeby Ojciec znał, toby mi przyznał słuszność.
Wtedy właśnie, w maju 1901 r podejmując we Lwowie Wyspiańskiego, Stanisław usilnie namawiał autora „Wesela”, by wreszcie wybrał się kiedyś w Tatry, które dotąd znał tylko z opowiadań i lektury. Udało się to wreszcie zorganizować, choć zapewne zajęty procesem o Morskie Oko Stanisław Eljasz w wycieczce przyjaciela do Zakopanego nie brał udziału. Bowiem w Tatrach Wyspiański był tylko raz, z początkiem sierpnia 1902 r. Zwiedzał wtedy Świnicę, projektował wzniesienie Teatru Narodowego nad Czarnym Stawem Gąsienicowym, gdzie wystawiane miały być największe dzieła dramatu polskiego. Już wcześniej zresztą, w 1892 r. planował wspólnie z młodszym o rok muzykiem Henrykiem Opieńskim stworzenie opery tatrzańskiej, kolekcjonował też wyroby sztuki góralskiej.
W papierach Stanisława Eljasza-Radzikowskiego przechował się wierszowany list, opublikowany przezeń w tatrzańskim numerze czasopisma „Nasz Kraj” w 1906 r., pod tytułem List Stanisława Wyspiańskiego pisany z Bad Hali w r. 1904 do przyjaciela w Zakopanem.
Mój kochany!
Serdecznie Ci dziękuję za list. Jak ty szczęśliwy jesteś, że możesz sobie oglądać Zamki Orawskie, a ja muszę zwiedzać wanny i deptaki. Nad Tobą tam fruwają ptaki, te co mają szerokie, szerokie skrzydła. Tu ledwo wróble są koło mnie, wróble i koniki polne, i muchy. Tadek je chwyta i, więźnie niewolne, zamyka w pudelku od zapałek. Ty się tam napatrzysz rusałek w potokach i spadach halnych, ja przy pogodzie tu i dniach upalnych widzę damy w gorsety opięte, a Ty tam masz święte, pojone sośnianą wonią jodeł, i widzisz je jak się gonią, spłonione, spłoszone, a ja tu mam pola skoszone i jedną ledwo wronę, co kracze koło pfarkirchu. Ty możesz stać tam koło wirchu i dumać nad kosodrzewem.
Bad Hall, dnia 6 sierpnia 1904.
Stanisław Wyspiański
Historycy badający twórczość Wyspiańskiego dotychczas podejrzewali, że list ten dedykowany był Stanisławowi lub Tadeuszowi Estreicherom. Wydaje się jednak, że adresatem jego mógł być właśnie Stanisław Eljasz-Radzikowski.
Po ukończeniu gimnazjum, trochę nieoczekiwanie dla całej rodziny, Stanisław podjął decyzję o rozpoczęciu studiów na Uniwersytecie Krakowskim (a nie lwowskim, jak mylnie podaje Jan Reychman w Polskim słowniku biograficznym). 4 października 1887 r. został immatrykulowany na wydziale lekarskim UJ.
Dobre wyniki w nauce z jednej strony, zaś zła sytuacja materialna w domu Eljaszów z drugiej - spowodowały, że na II roku studiów Stanisław otrzymał stypendium z fundacji Kaspra Lubowskiego, w wysokości 150 reńskich rocznie, płatnych w półrocznych ratach pod warunkiem, że również co pół roku będzie przedkładał rektorowi świadectwo, wykazujące obyczaje i dobry postęp oraz wystawione przez urząd parafialny i komisarza obwodowego potwierdzenie ubóstwa. Stypendium to miał otrzymywać do końca studiów.
Od 1890 r. odbywał praktykę w klinice chirurgicznej w Krakowie pod kierunkiem prof. Ludwika Rydygiera, zakończoną pomyślnie zdanym egzaminem w 1892 r. W tymże roku rozpoczął w magistracie krakowskim starania o urzędową zmianę nazwiska Eljasz na Radzikowski lub Eljasz-Radzikowski.
Nazwiska, nawiązującego do rzekomego pochodzenia szlacheckiego (od którego Walery się równie gorliwie odcinał, jak Stanisław przyznawał) używał już od najmłodszych lat: już pierwszy Raptularzyk nosi odręczny tytuł: Noteska Stanisława Radzikowskiego przydomku Eljasz. Nb. nie Eliasz, jak czasem mylnie podają w literaturze. Następnie kolejność obu członów ulegała zmianom, zawsze jednak tego typu notacje miały charakter prywatny. Magistrat krakowski w marcu 1892 r. nie znalazł podstaw do zmiany nazwiska. Apelacja do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych również nie poskutkowała. W dokumentach Stanisława brak śladów, że kiedykolwiek oficjalnie zmiana taka nastąpiła.
Dyplom doktora wszechnauk lekarskich otrzymał zatem w dniu l czerwca 1893 r. na nazwisko Stanisław Eljasz z rąk rektora UJ, prof. Stanisława Poraj-Madeyskiego i prodziekana wydziału lekarskiego, prof. Aleksandra Stopczańskiego. Czy nie na cześć rektora ulubiony pies w domu Eljaszów otrzymał wtedy imię Poraj?
Pierwsza posada, jaką dr Eljasz po ukończeniu studiów objął w drodze konkursu, związała go z Zakopanem - l listopada 1893 r. został bowiem lekarzem klimatycznym pod Giewontem.
Klimatyka liczyła sobie już 7 lat, ale nadal jej działalność szła kulawo. Kontrowersje z gośćmi (w 1893 r. wiedeńska prasa donosiła nawet przesadnie, że w Zakopanem wybuchł strajk gości), którzy w zamian za swoje opłaty otrzymywali kiepskie usługi, oraz z radą gminną i Towarzystwem Tatrzańskim zajmowały działaczom Klimatyki większość czasu. Do 1893 r. Komisja Klimatyczna była ciałem sezonowym, od września do czerwca nie orientującym się nawet pobieżnie w tym, co w Zakopanem się dzieje. Kontrowersje między gminą a Klimatyką, toczące się wokół dysponowania pieniędzmi z taksy klimatycznej były przez wiele osób (także w literaturze) upraszczane do konfliktu między góralami a napływową inteligencją, co nie było prawdą, jako że górale stanowili większość tak w gminie, jak w Komisji, a rzecz poszła od sporów między największymi indywidualnościami gminy i Klimatyki, przede wszystkim między kolejnymi wójtami (Józef Sieczka, Andrzej Chramiec, Józef Bachleda-Curuś, Medard Kozłowski) i lekarzami klimatycznymi (Stanisław Eljasz, Tomasz Janiszewski, Józef Żychoń).
Wszystko to nie ma oznaczać, że Komisja Klimatyczna była instytucją nie działającą, która nie położyła żadnych zasług w rozwoju Zakopanego. Na owym wstępnym niejako etapie dzięki Klimatyce m.in. zlikwidowano pod Giewontem kurne chaty, wprowadzono na szerszą skalę naftowe oświetlenie ulic (1886), wybudowano w Zakopanem pierwszy szpital (1899), zmodernizowano niektóre ulice, utworzono stałą czytelnię, towarzystwo sportowe, korty, ślizgawki. Klimatyka także corocznie zatrudniała letnią orkiestrę kameralną, przygrywającą gościom w muszli koncertowej lub w Dworcu Tatrzańskim.
Pierwszym, honorowym prezesem Klimatyki był dr Tytus Chałubiński. Po nim funkcje przewodniczącego Komisji sprawowali kolejno Wiktor Erard-Ciechomski (1889-93), Tadeusz Czarkowski-Golejowski (1893), Janusz Tyszkiewicz (1893-94), Andrzej Chramiec (1894-97) i ponownie Wiktor Erard-Ciechomski (1897-1900). Następnie, na skutek interwencji gości, władze galicyjskie wglądnęły w ospałą i protekcjonistyczną działalność Klimatyki, ustanawiając na jej czele komisarzy rządowych (co zresztą pracy Komisji nie poprawiło). Funkcje te sprawowali Tadeusz Piątkiewicz (1900-04), Kazimierz Madurowicz (1904-08), Władysław Janowicz (1908-10), Stanisław Matusiński (1910-12), Stefan Grabczyński (1912-15). Po wojnie przekształcono Klimatykę w Tymczasową Komisję Uzdrowiskową, którą w latach 1922-26 kierował Józef Diehl. Po kilkuletniej przerwie, podczas której Komisja była zawieszona w działalności przez władze, ustanowiono personalną unię z gminą, mianując burmistrza z urzędu przewodniczącym Klimatyki (Leopold Winnicki, 1929-31). Potem ostatecznie władza klimatyczna została przekształcona w wydział uzdrowiskowy zarządu miejskiego.
Lekarzami klimatycznymi w Zakopanem byli kolejno: Andrzej Chramiec (1886-89), Bronisław Chwistek (1889-92), Kazimierz Smorągiewicz (1892-93), Stanisław Eljasz-Radzikowski (1893-96), Tomasz Janiszewski (1896-1903, faktycznie do 1902), Karol Iwański (pełniący obowiązki, 1903), Bronisław Chwistek (pełniący obowiązki, 1903-1905?), Józef Żychoń (1906-16), Tadeusz Gabryszewski (1916-28), Kazimierz Mastalerz (1929-31, później do 1939 r. lekarz miejski).
Do obowiązków lekarza klimatycznego należała m.in. dbałość o stan sanitarny uzdrowiska. W miejscowości bez kanalizacji i wodociągów, bez szpitala i sanatoriów, jedynie z kilkoma koncesjonowanymi zakładami leczniczymi, ale za to z tłumnie zjeżdżającymi chorymi na gruźlicę, którzy prywatnie mieszkali po chałupach góralskich - było to zadanie trudne, jeśli nie niemożliwe.
Stanisław Eljasz-Radzikowski ordynował albo w domach pacjentów lub pensjonatach, albo w siedzibie Klimatyki przy Krupówkach, albo u siebie. Mieszkał początkowo jak co roku w „Eljaszówce”, a od lipca 1894 r. - w góralskim domu przy Kościeliskiej 22. Stamtąd też wyruszał na wyprawy ratunkowe lub poszukiwawcze - bowiem lekarz klimatyczny musiał z urzędu uczestniczyć w akcjach związanych z wypadkami w Tatrach. Wypadków takich było coraz więcej. Do czasu zorganizowania Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego w 1909 r. akcjami ratowniczymi zawiadywała Klimatyka.
W toku pełnienia swych obowiązków lekarskich dr Eljasz stał się mimowolnie jednym z bohaterów incydentu, który potem, opisany przez Stanisława Witkiewicza, byt kanwą tzw. procesu o Bagno.
W szkicu publicystycznym pod tym właśnie tytułem, publikowanym w odcinkach w „Przeglądzie Zakopiańskim” w 1902 r., a następnie w osobnej broszurze we Lwowie, opisywał Witkiewicz stosunki we władzach zakopiańskich, szczególnie wiele miejsca poświęcając konfliktom między właścicielem wielkiego zakładu leczniczego, niezwykle wpływowym nie tylko w Zakopanem drem Andrzejem Chramcem, a lekarzami klimatycznymi - Stanisławem Eljaszem i, zwłaszcza, Tomaszem Janiszewskim. Dowodził Witkiewicz, że dr Chramiec per fas et nefas stara się o zdyskredytowanie swoich konkurentów-lekarzy w dążności do zachowania monopolu władzy w Zakopanem, korzystając w tej walce ze środków, jakimi dysponuje - wielkich pieniędzy, bazy lokalowej dla usłużnych korespondentów prasowych, poparcia omamionych jego pozycją ziomków-górali, którzy jednoczą się z nim w walce przeciw przyjezdnym inteligentom, i przede wszystkim, wykorzystując możne protekcje - hr. Władysława Zamoyskiego i władz galicyjskich, goszczonych niejednokrotnie w Zakładzie przy Chramcówkach:
Dr Eljasz wygryziony został w przeciągu lat dwóch, a jakimi sposobami, da miarę fakt, który znam najdokładniej, na który bezpośrednio patrzyłem. Pewnego dnia Józef Wawrytka, zajmujący się „strzelaniem” skał, został poszarpany przez wybuch prochu przy rozsadzaniu ostatniego kamienia, potrzebnego do budowy kościoła. Oba oczy wypalone, twarz pokaleczona, lewa dłoń urwana całkowicie, prawa w znacznej części, głębokie rany w łokciu, pierś poszarpana - taki był stan Wawrytki. Nie było wtenczas szpitala, urządzonego dziś przez dra Janiszewskiego. Wypadek zdarzył się nad wieczorem, trzeba było Wawrytkę przenieść na Krzeptówkę, złożyć w jego chałupie, i po najogólniejszym pierwszym opatrunku, zostawić do dnia następnego, żeby przygotować wszystko, co w takiej ciężkiej sprawie było potrzebne. Nazajutrz też, w niedzielę, Dr Eljasz w asystencji dra Chwistka udali się na Krzeptówkę, pojechałem też r nimi dla posługi. Cały ładunek materiałów opatrunkowych, cały aparat narzędzi i butli z wodą destylowaną został oczywiście zabrany. Wawrytka, człowiek niesłychanie gwałtowny i nerwowy, doprowadzony cierpieniem do ostatniego rozdrażnienia, gryzł nam ręce, skoro się go dotykało, oczywista więc rzecz, że opatrunek odbywał się pod chloroformem, blisko przez dwie godziny, a cała nędza chłopskiej chałupy, nędza, której dziś zapobiega szpital, towarzyszyła ciężkiej pracy lekarzy.
Jak wiadomo, dziś chirurg nie babrze się w ranach co chwila bez widocznej wskazówki, a pierwszy dokładny opatrunek zostawia na dni kilka. Dr Eljasz miał zamiar, po zrobieniu drugiego opatrunku we środę lub we czwartek, odesłać Wawrytkę do Krakowa do kliniki, gdyż leczenie się w jego nędznej i brudnej chałupie było niemożliwe. Był też zamówiony powóz, w którym mieliśmy Wawrytkę odwieźć do Chabówki i zapewnić dalszą wygodną podróż. Tymczasem we wtorek Dr Eljasz wyjechał na kilka godzin do Nowego Targu. Dr Chramiec owoczesny prezes Komisji Klimatycznej, dowiedziawszy się o tym, wysiał natychmiast na Krzeptówkę swego asystenta Dra Gaika, który wbrew wszystkim zasadom przyjętego w chirurgii postępowania, pod nieobecność lekarza, który opatrunki założył, nie mając innej wody, prócz wody ze studzienki i z garnka stojącego w brudnej izbie, zdarł opatrunki i założył nowe bez żadnej potrzeby, bez żadnej wskazówki o stanie chorego. Nie dość na tym! Nazajutrz, o godzinie 5-tej z rana, zajechała fura chabowiańska, Wawrytkę wpakowano gwałtem, bez opatrunku na oczach i wywieziono do Chabówki. Brat Józka, Kuba Wawrytka, klęczał przed nim cala drogę i trzymał wściekającego się z bólu brata, który mu grył ręce.
Kiedym z bezwzględną szczerością wypowiedział moje oburzenie drowi Chramcowi, ten ostatni nie miał ani jednego słowa dopowiedzenia na usprawiedliwienie swego czynu. Zawołał tylko - „Dr Eljasz powinien pilnować swoich obowiązków!”. Zrozumiałem wtedy, o co tym panom chodziło. Dr Eljasz został wygryziony [...]. Rada lekarska wydala orzeczenie w tej sprawie bez przeprowadzenia śledztwa i bez przesłuchania świadków.
W całym długim szkicu ta akurat sprawa jest najsłabszym argumentem w sporze przeciw władzom Zakopanego i wyrwanie jej z kontekstu, z całego łańcucha dowodzenia Witkiewicza nie oddaje istoty sporu. Ba! patrząc tylko na wypadek Wawrytki i postępowanie zaangażowanych w sprawę osób, nie sposób nie przyznać racji Chramcowi. Może dziwić tylko to, że uznawszy konieczność odsunięcia od tak poważnego wypadku źle postępującego lekarza prowadzącego - Chramiec nie interweniował sam, nie obejrzał nawet chorego, tylko posłużył się asystentem ze swego zakładu, który specjalistą nie był - był za to szwagrem dra Chramca.
Spodziewano się powszechnie, że Chramiec wytoczy Witkiewiczowi proces o zniesławienie. Czekano na to, gdyż w szczupłych mimo wszystko ramach tygodnika nie wykorzystał autor wszystkich posiadanych podobno dokumentów i dowodów. Chramiec procesu nie wytoczył, zobligował tylko 24 radnych do podpisania wydanej w 1903 r. polemiki Na ,,Bagno” Stanisława Witkiewicza odpowiedź radnych gminy Zakopane. W II punkcie tego dokumentu czytamy: Pokaleczony Wawrytko zostal opatrzony przez ówczesnego lekarza dra Stanislawa Eljasza Radzikowskiego. W parę dni potem, w czasie posiedzenia komisji klimatycznej, której Dr Chramiec przewodniczył, przybiegł brat pokaleczonego i błagał dra Chramca, by chorego odwiedził, bo lekarza ordynującego odnaleźć nie może, a chory wije się z bólu.
Kilku z nas było świadkami tej przykrej sceny; ostatecznie Dr Chramiec uprosił dra Gaika, by ten do chorego pojechał i zarządził co uzna za stosowne.
Dr Eljasz Radzikowski oskarżył Dra Chramca i Dra Gaika do Izby lekarskiej, że mu ci panowie chorego zabrali i wydali zarządzenia niezgodne z nauką i etyką lekarską. Wyrok Izby lekarskiej z daty: Kraków 10 października 1896 r. do L. 227 orzekł stanowczo, że Dr Chramiec i Dr Gaik postąpili prawidłowo, a zarządzenia ich co do przewiezienia chorego do szpitala były uzasadniona. A dziś żyjący jeszcze Wawrytko głośno wyraża swą wdzięczność Dr. Gaikowi, że ten mu życie uratował.
Do Odpowiedzi, którą redakcja „Przeglądu” nazwała ,,Testimonium paupertatis” świadectwem ubóstwa- dołączone jest zaprotokołowane zeznanie Józefa Gąsienicy Wawrytki, który opowiada, jak to źle traktował go Eljasz, a jak dobrze Chramiec i jego szwagier.
Replikował na to Witkiewicz kolejnym, ostatnim już odcinkiem Bagna, opublikowanym w lutym 1903 r., a niedługo potem doszło do spodziewanego procesu, tyle że wytoczył go nie Chramiec, lecz Gaik. Przed sądem we Lwowie 19 kwietnia 1903 r. Witkiewicz dowiódł swoich racji o tyle, że został przez sąd uniewinniony z zarzutu zniesławienia Jana Gaika. Nie zezwolono mu jednak na przedstawienie dowodów prawdy w jego zarzutach przeciw Andrzejowi Chramcowi. Młodzież lwowska demonstrowała za Witkiewiczem na publicznych wiecach, domagając się oczyszczenia zakopiańskiego bagna, w Krakowie zaś występowano tłumnie przeciw niemu, oskarżając Witkiewicza o to, że jest wrogiem ludu. To, o co autorowi Bagna chodziło - zmiana stosunków w Zakopanem, nie nastąpiło. Po odejściu ze swych stanowisk głównych antagonistów - Tomasza Janiszewskiego w r. 1903 i Andrzeja Chramca w r. 1906 - niewiele się zmieniło, a już na pewno nie na lepsze. Zrozumiano wtedy, że to nie jeden człowiek jest zły, że zły jest system władzy.
Po historii z Wawrytką, 12 kwietnia 1896 r. dr Stanisław Eljasz-Radzikowski zrezygnował z posady lekarza klimatycznego i opuścił to stanowisko z początkiem września tegoż roku.
Zdaje się, że jednym z powodów wykorzystania tego incydentu w Bagnie była wieloletnia znajomość Witkiewicza z Eljaszem-juniorem. Ten ostatni, zafascynowany osobą i ideami twórcy stylu zakopiańskiego, utrzymywał z nim stały kontakt listowny i osobisty - tak w Zakopanem, jak i we Lwowie. Był jednym z głównych propagatorów stylu i rzecznikiem Witkiewicza w jego walce ze zwolennikami tzw. sposobu zakopańskiego, wymyślonego przez dyrektora zakopiańskiej Szkoły Przemysłu Drzewnego Edgara Kovatsa rodzaju zdobnictwa i sztuki stosowanej, łączących góralszczyznę z elementami tyrolskimi i ruskimi.
15 lutego 1900 r. Stanisław Eljasz wygłosił w lwowskim Towarzystwie Ludoznawczym odczyt O stylu zakopiańskim, który znacznie przyczynił się do przybliżenia idei Witkiewicza: Byli architekci, profesorowie szkoły przemysłowej, panie, akademicy, w ogóle ścisk - tłok na sali. Synek mówił b. dobrze pisze sam Stanisław w liście do ojca - z wielkim zapałem i dobitnie. Rzecz się b. podobała, oklaski po odczycie i po dyskusji nawet, podziękowania, uznanie itd. itd. Tekst odczytu został opublikowany na łamach czasopisma ,,Lud”, potem jako osobna odbitka, wreszcie w poszerzonej formie książkowej i do dziś jest ważnym dokumentem w dziejach stylu.
Kontakt Eljasza z Witkiewiczami obejmował również żonę i małego Stanisława Ignacego - widywali się także we Lwowie, gdy matka przywoziła przyszłego Witkacego na eksternistyczne egzaminy gimnazjalne. Latem, podczas wakacyjnych pobytów, dr Eljasz widywał się z Witkiewiczami często, wybierali się nawet razem na niedługie wycieczki. Razem też byli autorami jednej z większych pomyłek w dziejach Muzeum Tatrzańskiego.
Jesienią 1900 r. Stanisław Witkiewicz z synem oraz geologami Mieczysławem Limanowskim i Ferdynandem Rabowskim wybrali się do Magurskiej Jaskini, chcąc zgromadzić komplet kości niedźwiedzia jaskiniowego. Limanowski, poeta i geolog, urządzał właśnie dział przyrodniczy w Muzeum Tatrzańskim i szkielet dawnego mieszkańca Tatr był mu potrzebny do wzbogacenia ekspozycji.
W jaskini Witkiewicz odkrył kilka kości, które według niego wskazywały na ślady obrabiania ludzką ręką. Skontaktował się ze Stanisławem Eljaszem jako historykiem Tatr, który powołując się na zagraniczne autorytety potwierdził owo odkrycie swego mistrza i przyjaciela, dochodząc do wniosku, że odnaleziono 2 amulety i grot strzały, wykonane z kości niedźwiedzia.
Limanowskiego jakby kto na sto koni wsadził. W gablocie muzealnej, obok informacji o tym, że przeszło 200 tyś. lat temu żył w Magurze (pewno razem z niedźwiedziami) człowiek jaskiniowy - umieścił fotografię pitekantropa z podpisem, że tak oto wyglądał przodek dzisiejszych górali.
Awantura zrobiła się straszna. Interweniował dr Chramiec i proboszcz Kazimierz Kaszelewski. Obrażone bowiem zostały uczucia religijne i moralność, bo teoria ewolucji zaprzeczała rzekomo księdze Genezis, a w dodatku pitekantrop był goły. Fotografię usunięto argumentując, że tak może wyglądał przodek Witkiewicza, Limanowskiego i Eljasza, ale na pewno nie żadnego przedstawiciela ludności miejscowej. Protestowali też naukowcy, podważając meritum odkrycia.
Atoli Stanisław Eljasz na głosy krytyczne nie zwykł reagować. Jeszcze w lipcu 1901 r. w lwowskim Towarzystwie Przyrodników wykładał o człowieku jaskiniowym w Tatrach i, subsydiowany przez Towarzystwo Tatrzańskie, prowadził dalsze badania w Magurze. Znosił do „Eljaszówki” rozmaite kości, próbując znaleźć tę, która wszelkie kontrowersje rozstrzygnie - kość pra-górala. Niestety, bez skutku.
Jeszcze w „Pamiętniku Towarzystwa Tatrzańskiego” w 1902 r. opublikował Doniesienie tymczasowe o człowieku jaskiniowym w Tatrach - ale kolejna, kompetentna, dokonana przez paleontologów analiza Witkiewiczowskiego znaleziska dowiodła, że „podejrzane” szczątki kostne zostały obrobione przez naturę, nie zaś pitekantropa.
Stanisław Eljasz-Radzikowski, zniechęcony do stosunków w Zakopanem, osiadł na stałe we Lwowie na Łyczakowie, gdzie l maja 1897 r. objął stanowisko asystenta kliniki chorób wewnętrznych przy Uniwersytecie, u boku profesora Antoniego Gluzińskiego. Ale Tatrom pozostał wierny. Nie tylko bywał tam co roku na wakacjach, ale i na co dzień starał się dzielić czas między zajęcia lekarskie a badania tatrologiczne i śledzenie bieżących wypadków w Zakopanem - poprzez kontakty listowne z Witkiewiczem, Zygmuntem Gnatowskim, Aleksandrem Jarnuszkiewiczem, Mieczysławem Limanowskim i Wojciechem Rojem, oraz poprzez lekturę prasy zakopiańskiej. Notabene, podchodził do tego z pozycji „ciotki, która siedzi na kanapie i ma za złe”.
Był niewątpliwie największym znawcą dziejów Podtatrza i turystyki tatrzańskiej i wybitnym autorytetem w dziedzinie nazewnictwa tatrzańskiego. Przyznawali to niemal wszyscy. Ale to dla dra Eljasza było za mało. On chciał być znawcą jedynym. Stąd też każdy, kto kiedykolwiek wypowiadał się publicznie w sprawach tatrzańskich i miał nieszczęście być innego zdania niż on, albo wcześniej dotrzeć do jakichś materiałów - narażał się na nader nieprzychylne epitety, publicznie lub przynajmniej prywatnie wygłaszane przez Stanisława. Szczególną niechęcią obdarzał „Przegląd Zakopiański” i jego ekipę redakcyjną, a także wszystkich autorów - nawet zasadniczo się z nimi zgadzając:
Na Giewoncie ustawili krzyż próbny z drzewa, no i już go wiatr strącił. Krzyż ten wygląda teatralnie i po prostu psuje i sylwetkę Giewontu i cale Tatry, bo jak cmentarz to wygląda. ..Przegl. Zakop.” a raczej Bek napisał przegłupio przeciw krzyżowi, bo tylko dlatego się nań nie zgadza, że go ustawili na czole olbrzyma-rycerza, kiedy oni by go chcieli widzieć na piersiach, boby rycerzowi snu nie przerywał. Czy można coś głupszego napisać? Teraz należy do redakcji Wojtek Szukiewicz i co numer kropi artykuł niezbyt mądry [...].
Antypatią darzył Eljasz również niekoronowanego króla polskich taterników: Janusz Chmielowski napisał przegłupi artykuł w „Przegl. Zak.” o Tatrach z południowej strony [...]. Janusz v. Chm. jest takim samym gryzoniem jak stary Petryło jego ojciec. I ten i tamten musi być pierwszym [...]. Dostawało się i innym, nawet najbardziej zasłużonym mężom opatrznościowym dla Tatr i Towarzystwa Tatrzańskiego: Ponikło jest duda, na której kto chce, dąć może; [...] fujara Zamoyski potakiwał, że nie ma żandarmów węgierskich [nad Morskim Okiem - przyp. M. P.], choć to nie prawda [...] widać jak dba o sprawę i jakim jest niedołęgą [...].
W swych napaściach jest „sprawiedliwy”, tzn. rozdziela ciosy na prawo i lewo, nie utożsamiając się z żadnym z zakopiańskich ugrupowań: o swoim następcy na stanowisku lekarza klimatycznego, Tomaszu Janiszewskim, powie, że jest to [...] znachor, to widzę już od dawna, on nie gardzi żadną bronią, blagier z pozorami zupełnie innego człowieka [...]. Ale o antagonistach Janiszewskiego, Andrzeju Chramcu i Janie Gaiku pisze zawsze per Cham i Gnoik...
Jedyną osobą, której pozostał wierny - był Stanisław Witkiewicz. On jeden w wypowiedziach Eljasza nigdy nie doczekał się obraźliwych epitetów.
Tego typu podejście do życia sprawiało, że Stanisław zawsze niemal działał samotnie, w sprawach tatrzańskich i innych. Pisał do ojca: Kiedyś otrzymałem z Tow. Tatrz. pismo, że mnie wybrali do Komisji Mapy - muszę odpisać i moje zapatrywanie wyłuszczyć. Ja zresztą nie wierzę w żadną w tej sprawie pracę komisyjną, mapę mógłbym chyba tylko ja sam wydać, zresztą nikt [...].
Niemal każdy z ludzi, z którymi przyszło Stanisławowi współżyć, z największego początkowo przyjaciela zmieniał się w ocenie Eljasza - w safandułę, fujarę, a potem w durnia i łobuza. Dotyczyło to także profesora Antoniego Gluzińskiego, szefa kliniki lwowskiej. Po kilku kłótniach, w których Stanisław zarzucał pryncypałowi, że go nie docenia, że wykorzystuje jego prace do własnych publikacji, albo że się go boi, bo Eljasz jest przecież lepszym lekarzem od niego - zamierzał rozstać się z kliniką, w której praca przestała go interesować. Lwowa nie lubił, a poza tym uważał, że [...] życie trzeba ułożyć tak, żebym przecież nie rozstawał się z Tatrami.
W 1900 r. rozważał przez pewien czas propozycję przeniesienia się na powrót do Zakopanego i założenia tam własnego zakładu leczniczego dla różnych chorób przewlekłych i dla rekonwalescentów. Pomysł, zrodzony zapewne z rozmów z Kazimierzem Dłuskim, który właśnie budował w Kościelisku sanatorium przeciwgruźlicze, upadł jednak sam przez się, bo przedstawiał sobą nie do pokonania kłopoty finansowe i organizacyjne.
Pozostał zatem we Lwowie i mimo zaocznego wybrzydzania na Gluzińskiego przyjął awans na pierwszego asystenta kliniki. Pracował w dziedzinie medycznej także naukowo, ogłaszając w „Przeglądzie Lekarskim” artykuły Leczenie rwy kulszowej (ischias), Z biochemii komórki, Tropas - nowy przetwór odżywczy, O tak zwanym typhus diagnosticum, O zachowaniu się krwi w niedokrwistości masowej.
Nie należy z powyższego wnosić, że był Stanisław Eljasz narcystycznym ponurakiem, zapatrzonym tylko w pracę naukową i własną karierę. Lubił dzieci - zwłaszcza, tak jak i ojcu, przypadł mu do gustu siostrzeniec Tadzio Siemianowski, z którym chętnie chadzał na spacery i w Zakopanem, i we Lwowie. W żadnym niemal z listów do rodziny nie zaniedbał przekazać pozdrowień i pogłaskań dla psa Poraja. Chętnie uczestniczył w spotkaniach rodzinnych i towarzyskich, nie stroniąc zresztą od alkoholu. Ta zresztą cecha w późniejszych latach zacznie dominować w jego życiu.
Społecznie w rozmaitych towarzystwach udzielał się raczej rzadko, choć działał i w Towarzystwie Ludoznawczym (póki nie pokłócił się z jego prezesem i swym największym pierwotnie przyjacielem Antonim Kaliną), i w Towarzystwie Przyrodników, nawet w Towarzystwie Teatru Ludowego i Komitecie Przyjęcia Paderewskiego w 1901 r. W Zakopanem został wybrany w skład delegacji, która u najwyższych władz Galicji w 1900 r. przedstawiła memoriał gości w sprawie stosunków w uzdrowisku. W wyniku tego memoriału rząd ustanowił kuratelę nad Komisją Klimatyczną. Działał także dr Eljasz na forum wyłonionego przez Związek Przyjaciół Zakopanego komitetu budowy pomnika Chałubińskiego i nawet przemawiał w 1901 r. na uroczystości wmurowania i poświęcenia jego kamienia węgielnego.
Często bywał na koncertach i w ogóle lubił muzykę. Może i to odziedziczył po ojcu? Walery, wspominając jedną ze swych wycieczek po Słowacji pisał w pamiętniku: W Łuczywnie przypatrywałem się pięknym drzewom limbowym otaczającym dwór właściciela tych dóbr Szakmarego. Słonce świeciło pięknie, z dala siniał łańcuch Tatr, cisza trwała naokoło, gdy wtem z okna otwartego we dworze na piętrze usłyszałem śpiew kobiety z melodią piękną. Osłupiałem z wrażenia. Świat mi się wydal rajem, słuchałem z uczuciem, którego nigdy nie zapomnę [...]. A ponieważ to rodzina Szakmarych spokrewniona ze sławnym Beniowskim, wyimaginowałem sobie w osobie śpiewającej wnuczkę króla Madagaskaru, naturalnie piękną, młodą i przez kogoś ubóstwianą [...]. Stanisław zaś pisał o muzyce w bardziej homeryckich porównaniach; na Requiem Verdiego: Coś wspaniałego, że nie możecie sobie wyobrazić. Przeszło 300 osób na scenie, soliści włoscy znakomici - bas jak śpiewał, to się zdawało, że ze sto bawołów naraz ryczy [...]. W 1901 r. Stanisław oglądał we Lwowie premierę pseudo-tatrzańskiej opery Manru Paderewskiego i zachwycał się jej ... realizmem.
Bywał stałym widzem lwowskiego teatru i nie opuszczał żadnej premiery. 12 lutego 1901 r. oglądał spektakl Nawojki S. Rossowskiego i zobaczył wtedy na scenie Irenę Solską. Od tego dnia datuje się największy romans Eljasza, jego wielka tragiczna rola w bogatym życiorysie Solskiej. Jeszcze w tym samym roku pokazywał jej Tatry i woził do Morskiego Oka. „Demoniczna kobieta” poznała wtedy rodziców Stanisława i, zwłaszcza ojcu, bardzo przypadła do gustu. Walery pomagał jej dobierać kostium do roli w Horsztyńskim Wyspiańskiego, korespondowała także z Natalią Eljaszową. W 1902 r. Stanisław został stałym gościem domu Solskich i przesiadywał tam całymi dniami, nawet umawiał się tam ze swoimi znajomymi. W lipcu tegoż roku aktorka nagle zasłabła na scenie, dr Eljasz leczył ją skrupulatnie, przerywając własną nad nią opiekę tylko na czas wyjazdu do Grazu, w związku z udziałem w procesie o granicę nad Morskim Okiem. U boku Solskiej uczestniczył w tymże roku w przyjęciu na cześć innej wielkiej aktorki Heleny Modrzejewskiej, z którą bliżej znał się jego ojciec. Dla Walerego zresztą, który miał zamiar ją malować, ofiarowała Modrzejewska wtedy srebrną papierośnicę i e-maliowane pudełko na zapałki - na pamiątkę dawnej znajomości. W lecie 1903 r. Stanisław zdradzał dla Solskiej nawet Tatry, towarzysząc jej podczas pobytu w Krynicy. Romans pogłębiał się, Solska darzyła go wzajemnością.
Rozpatrywano nawet projekty rozwodu Ireny z Ludwikiem Solskim (do czego zresztą potem doszło, ale dla innego mężczyzny), huśtawka uczuć rozdrażniała Stanisława, a kierowane do niego listy Solskiej przedstawiały mu złudne nadzieje: Ręce Pana całuję, za ból i mękę przepraszam. Cierpliwości i wiary w to, że co być ma, to będzie, ani przyspieszyć, ani oddalić tego nie jesteśmy w stanie. Pracuj, Panie Stachu, ze spokojem, a szczęście, jeżeli nam jest jakie przeznaczone, przyjdzie.
Nie było przeznaczone. Z początkiem 1904 r. Solska nawiązała wielki i gwałtowny romans z pisarzem i filozofem, a w przyszłości taternikiem - Jerzym Żuławskim. Stanisław Eljasz ani przez moment me był obiektem tak żarliwego uczucia. Ale przyjacielem pozostał nadal.
Miłość do Żuławskiego wygasła dopiero po półtora roku. A tymczasem Solska zaszła w ciążę i spodziewając się dziecka z nielubianym mężem, zwróciła się o opiekę do doktora Eljasza. Sądziła, że umrze przy porodzie i zobowiązywała przyjaciela do zajęcia się dzieckiem: W razie gdyby Ludwik wprowadził w dom obcą kobietę, co by z góry było z krzywdą dziecka, proszę, niech Pan na mocy nielegalności naszego ślubu dziecko od niego odbierze i chowa sam [...]. Boję się być pochowaną w letargu ----- niech Pan śmierć moją dobrze sprawdzi [...].
Wszystko poszło dobrze, Hania Sosnowska przyszła na świat bez kłopotów, a dr Eljasz przez jakiś czas znów był bliskim przyjacielem domu.
Jednak złudzenia trwają krótko i niebawem dr Eljasz „idzie w odstawkę”: jesienią 1908 r. Solska poznaje nowego, młodszego adoratora i nawiązuje z nim kilkuletni romans. Nazwisko nowego przyjaciela aktorki brzmi: Stanisław Ignacy Witkiewicz.
Tak właśnie. Młodszy odeń o 16 lat syn przyjaciela i mistrza, ów goszczony przed niedawnym czasem we Lwowie gimnazjalista zajął u boku Solskiej miejsce Stanisława Eljasza. No, bądźmy obiektywni: nie tylko Eljasza, nie tylko Witkiewicz. Witkacy zresztą długo tam nie zagrzał miejsca, a jednym z efektów jego romansu była autobiograficzna powieść 622 upadki Bunga, czyli demoniczna kobieta. Po kilku latach Irena Solska trafi także na karty dwutomowej powieści Laus feminae innego wybitnego zakopiańczyka, Jerzego Żuławskiego. Ta kobieta powinna mieć w Zakopanem pomnik ...
Dwaj wymienieni wyżej uwiecznili Solską w powieściach. Dr Eljasz zaś w grafice, wydając w 1911 r. cykl rysunków Domino, zawierających przeszło 30 ni to karykatur, ni to aktów (niektórzy nazywali to niesłusznie pornografią), przedstawiających jego dawną przyjaciółkę w rozmaitych pozach, pod postaciami ptaków, zwierząt, kwiatów, boginek ...
Jasne, że późniejsze, podejmowane przezeń próby pojednania skończyły się na niczym.
Stanisław Eljasz-Radzikowski bywał trochę w świecie - poznał galerie Monachium i Lipska, w 1902 r. zwiedzał Alpy, był w Bischofshofen i Innsbrucku, znał dobrze Wiedeń i Zurych. W 1904 r. był na zjeździe lekarskim w Trieście, jeździł do Wenecji i dał się urzec morzu - drugiemu po górach cudowi natury. Choć uczestniczył tam w oficjalnej konferencji - bawił się dobrze i uważał się za duszę towarzystwa: [...] kiedyś znów tańczyłem kotyliona z jedną ładną Niemeczką - pisał 20 października 1904 r. do rodziców z Wenecji - w ogóle jestem b. lubiany, sadzają mnie przy stole młodych, gdzie najładniejsze panny [...]. Raz na jednej, a potem na drugiej uczcie przemawiałem, raz po niemiecku, raz znów po łacinie. Kiedyś w końcu zabawy przebrałem się po japońsku, w kimono cudowne japońskie, ucharakteryzowałem się farbami akwarelowymi i tak wyszedłem na salę, cóż było śmiechu! Przed chwilą wysłałem do was telegram o pieniądze [...]. Przed I wojną światową powrócił do rodzinnego domu w Krakowie. W sierpniu 1914 r. zgłosił się do wojska jako lekarz-ochotnik i służył w szpitalu epidemiologicznym w Łobzowie. potem na stacji Kraków-Płaszów. W 1416 r. był w szpitalu w Tarnowie, potem nawet na froncie wołyńskim i w szpitalu w Homonna (Węgry, dziś Słowacja). W 1917 r. dostał za swą służbę dyplom od cesarza Austro-Węgier i Złoty Krzyż Zasługi. Końca wojny doczekał w krakowskiej pracowni bakteriologicznej.
W przeciwieństwie do ojca, nigdy nie był antyreligijny. Ani nadzwyczajnie praktykujący zresztą też. Ale nawet już po okresie młodzieńczym uczestniczył w ceremoniach religijnych i szczycił się znajomościami w sferach kościelnych, o czym np. donosił matce w liście z 1906 r.: Niedawno napisałem serdeczny list do Stablewskiego, że nie mogę się powstrzymać, aby do niego nie napisać po orędziu, które wydał w obronie dzieci polskich, nie chcących się modlić po niemiecku i uczyć religii po niem. Na dziś właśnie w południe dostałem kartę z napisem: „Z milą pamięcią i serdecznym błogosławieństwem --- Florian Arcybiskup Gnieźnieński i Poznański” [...]. Mogę więc teraz udzielać błogosławieństwa od Prymasa Polski [...].
Ale i prymasa wspominał w kontekście dawnej wyprawy na Łomnicę, w której ks. Stablewski uczestniczył, obok Walerego Eljasza z synem i córką Zofią. Bowiem wszystko w życiu doktora Eljasza zaczynało się od ojca i Tatr - i na sprawach tatrzańskich się kończyło. Praca lekarska była marginesem życia istotnego, którego treść stanowiły Tatry.