Maciej
Pinkwart
Zakopiańskim
szlakiem
Walerego i Stanisława
Eljaszów
Mojej Córce – Joasi
Wstęp do wydania z 2005 r.
Wydarzenia biegną tak szybko, że nie mamy czasu na chwile refleksji nad czasem i postaciami minionymi. A jeśli nawet odchodzi ktoś naprawdę wielki i uznawany przez wszystkich, to wzruszenie i świadomość utraty tłumi wszystkie poważniejsze refleksje. Czy przyjdą z czasem? Czy czas – ten najokrutniejszy sędzia wszystkich ludzkich dokonań – pozwoli na obiektywną ocenę kiedykolwiek? Są postacie symbole, ale zwykle upraszczamy je do kilkuwyrazowej etykiety, która nic w zasadzie nie mówi o osobie, zwłaszcza takiej o wielopłaszczyznowym działaniu. Chałubiński – odkrywca Zakopanego. Witkiewicz – twórca stylu zakopiańskiego. Matejko – autor Bitwy pod Grunwaldem. Zaruski – twórca TOPR. Jan Paweł II – papież – Polak.
To – naturalnie – tylko słowa wytrychy, które otwierają nam odpowiednie klapki w pamięci i uruchamiają całą lawinę dodatkowych skojarzeń, które pod te etykiety podkładają dodatkowe treści. Ba, a jeśli postacie są odległe w czasie i nie aż tak bardzo znane, choć ważne? Zawisza - prawy rycerz. Oleśnicki – kardynał-polityk. Piast – kołodziej. I co więcej? Kto, poza specjalistami, podłoży pod te etykiety głębsze treści?
Bezlitosny czas... Stulecie śmierci człowieka, który największe rzesze Polaków uczył Tatr, minęło niemal bez echa. Zakopane i jego media nie poświeciły mu zbyt wiele uwagi. Jedyne sympozjum naukowe, jakie w terminie zbliżonym do rocznicy chciało organizować łódzkie PTT – zostało odwołane ze względu na śmierć Jana Pawła II. Nie ukazał się ani jeden reprint jego dzieł, ani jedna publikacja jego grafik. A to za ciekawa i za ważna dla Tatr postać, by ją objęła mgła niepamięci. Walery Eljasz – a potem jego syn, Stanisław. Najważniejsze z tatrzańskich postaci drugiego planu. ..
Od pierwszego wydania tej publikacji minęło 17 lat. Cała epoka w życiu Polski. Mała Asia, której książka jest dedykowana, miała wówczas 3 lata. Dziś jest 20-letnią panną, mieszka w Krakowie tak jak kiedyś Walery Eljasz i nie została słynną plastyczką, jak kiedyś miałem nadzieję. Ale talenty w tym kierunku ujawniała przez wiele lat, jako uczennica zakopiańskiej Szkoły Artystycznej. Dziś studiuje politologię – co Waleremu by się bardzo podobało... Nadal uważam, że postacie obydwu Eljaszów to jedne z najciekawszych osobowości, jakie przewinęły się przez miasteczko pod Giewontem. I jedne z najbardziej niesłusznie zapomnianych. I dlatego o nich przypominam...
Od autora – przedmowa do pierwszego wydania
Łatwo jest pisać o osobie, którą się lubi, która dla piszącego jest ideałem. Fakty oświetla promień uczucia, luki w wiedzy można wypełnić wyrazami sympatii. Tylko wtedy biografia łacno zmienić się może w hagiografię.
Łatwo też jest pisać o kimś, kogo się nie lubi, kto dla piszącego jest uosobieniem zła. Oceny wymieniają się z inwektywami, pewne fakty można tak pomniejszyć, że znikną w ogóle. Tylko wtedy biografia łacno zmienić się może w donos.
Łatwo jest pisać, gdy się dobrze wypada na tle osoby opisywanej: jestem podobnie dobry, jestem znacznie lepszy.
Łatwo jest pisać, gdy się ma wobec osoby opisywanej jasno określone uczucia. Gdy widać co czarne, co białe.
Ale Walery Eljasz i jego jedyny syn Stanisław postaciami jednoznacznymi nie są. Nie byli takimi za życia, nie będą też na kartach tej książki. Stąd też uczuciowy stosunek do swych bohaterów pozostawia autor Czytelnikowi - sam zamierza raczej trzymać się faktów. Może nie suchych, ale obiektywnych.
Dawno, dawno temu, kiedy nie było jeszcze nawet Funduszu Wczasów Pracowniczych, przedsiębiorstw turystycznych i tzw. zorganizowanej bazy noclegowej, jeździło się do Zakopanego zwykle całą rodziną, do „swoich” gazdów. Bywało często, że parę pokoleń zjeżdżało rok w rok do tej samej chałupy, w której oczywiście także syn zastępował z czasem starego gazdę w obejściu, a obiad warzyła córka czy wnuczka dawnej gaździny. I tak owa przyjaźń do gór i górali przekazywana była niejako z mlekiem matki, a ojciec za swój obowiązek rodzicielski uważał przyuczenie dzieci do chodzenia po Tatrach. Doroczne tatrzańskie wakacje były długo oczekiwanym świętem całej rodziny, a poznawanie nowych, coraz to trudniejszych partii Tatr planowane było nad mapami i przewodnikami przez długie jesienne i zimowe wieczory. Miłość do Tatr, bywało, stawała się jednym z silniejszych ogniw cementujących wielopokoleniowe, a przez to różniące się nieraz zasadniczo w poglądach i upodobaniach rodziny.
Silna pasja tatrzańska prowadziła wielu bywalców Zakopanego do podejmowania decyzji osiedlenia się pod Giewontem na stałe bądź też budowania tu sobie choćby tylko letnich, ale własnych siedzib. Bywalcy zmieniali się w mieszkańców, letnicy i turyści we „właścicieli realności”, a „swoi gazdowie” w sąsiadów. Zaś stosunki między sąsiadami, wiadomo, mają nieco inny charakter niż między gospodarzem a gościem. Stąd miłość do Zakopanego i zakopiańczyków u niejednego z tatrzańskich entuzjastów po osiedleniu się tu na stałe szybko zmieniała się w niechęć, w przytłoczenie gminną atmosferą i takimiż obyczajami, czasem we wrogość. I nieraz trzeba było znów wyjechać, by znów pokochać...
Kilkupokoleniowe związki z Tatrami pojawiają się w życiorysach wielu osób trwale związanych z historią turystyki i Zakopanego. Dość wspomnieć nazwiska Steczkowskich, Chałubińskich, Anczyców, Estreicherów, Pawlikowskich, Witkiewiczów, Świerzów... Ale owa tatrzańska pasja może najpełniej przejawiła się w rodzinie Eljaszów.
Choć przedstawiciele czterech pokoleń tej rodziny zaznaczyli swą działalność pod Tatrami (nie wliczając mitycznego przodka - konfederata z Czarnego Dunajca) - Zakopane, turystyka tatrzańska oraz nauka o Tatrach najwięcej zawdzięczają Waleremu i Stanisławowi. Ich aktywność przypada na kilkadziesiąt lat może najważniejszych w dziejach Zakopanego: ojciec pojawia się tu u progu lat 60. ubiegłego stulecia jako jeden z pionierów tatrzańskich, a syn po raz ostatni publicznie zabiera głos w sprawie Tatr po zakończeniu I wojny światowej. W ciągu tego przeszło półwiecza narodziła się i utrwaliła w świadomości społecznej zakopiańska legenda. Powstała zorganizowana turystyka, sformułowane zostały zasady stylu zakopiańskiego, który w tym też czasie przeżył swoje apogeum i podupadł, tatrzańska symbolika narodowa utrwaliła się w literaturze, a w Tatrach zdobyto niemal wszystko, co zdobyć było można. Samo Zakopane z zabitej dechami wioski przekształciło się w najmodniejsze uzdrowisko, w którym obok góralskich chałup wyrosły kilkupiętrowe kamienice, kaganki wyparło oświetlenie elektryczne, a źródłem dochodu przymierających niegdyś głodem górali w coraz mniejszym procencie stawały się zajęcia chłopskie, zastępowane przez usługi turystyczne, kupiectwo, przewodnictwo czy w końcu po prostu „bycie góralem”, za co zafascynowani ludem młodopolscy panowie także chętnie dawali „dudki”. Ten zawód przetrwał do dziś... Coraz bardziej ucywilizowane Tatry przyciągały co roku coraz liczniejsze gromady turystów, z których wielu nie wyobrażało sobie tej podróży bez towarzystwa pana-Eljaszowego „Przewodnika”, nazywanego czasem tatrzańskim baedeckerem.
Domy Walerego Eljasza - najpierw przy Krupówkach, potem przy Starej Polanie - były dla ich właściciela własną bazą turystyczną i źródłem dochodu z wynajmowania willi letnikom, ale także stanowiły ważne ośrodki - by tak rzec - informacji turystycznej i centra życia sezonowego, sam zaś pan Walery był cenionym towarzyszem wycieczek, duszą wszystkich stowarzyszeń, w których działał oraz... utrapieniem rodziny i przełożonych. Był, słowem, jednym z trzech filarów, na których opierał się w drugiej połowie XIX w. rozwój cywilizacyjny Zakopanego i propagowanie turystyki tatrzańskiej. Pozostałymi członkami tej triady byli zakopiański proboszcz ks. Józef Stolarczyk i warszawski lekarz dr Tytus Chałubiński.
Czytelnik moich Zakopiańskich szlaków stosunkowo mniej niż w poprzednich książkach znajdzie tu materiałów bezpośrednio opisujących dzieje Zakopanego - przebogata biografia Eljaszów nie pozostawia wiele miejsca na historyczne dygresje, ale za to sama jest mocno osadzona w historii. Chronologia tylko z grubsza konstruuje szkielet opracowania - wobec wielopłaszczyznowości działania bohaterów wypadło zastosować merytoryczny podział książki.
Literatura dotycząca działalności Walerego i Stanisława Eljaszów jest skąpa, fragmentaryczna i nic zawsze rzetelna. Jej spis znajdzie Czytelnik na końcu książki. Stąd też posługiwać się musiałem przeważnie materiałami archiwalnymi ze zbiorów Muzeum Narodowego w Krakowie, Muzeum Tatrzańskiego i Biblioteki Publicznej w Zakopanem oraz z archiwum Witolda Henryka Paryskiego w Zakopanem.
Lata nauki
W krakowskim domu Eljaszów nie było żadnej wątpliwości co do kierunku życiowej drogi, jaką obrać winien Jan Kanty Walery, najstarszy spośród czworga dzieci Wojciecha Eljasza i Tekli z Krzyżanowskich. Prawdę powiedziawszy, w domu Eljaszów wątpliwości, jak również jakiekolwiek dyskusje w ogóle były zjawiskiem nieczęstym: papa trzymał rodzinę twardą ręką, za wszystkich decydował i jedynie on miał prawo mieć rację. Nie tylko w sprawach domowych - niestety, także i artystycznych.
Wątpliwości jednak nasuwają się same, i to już na początku drogi życiowej Walerego (pierwszego imienia, po dziadku, nigdy nie używał) - a raczej przy badaniu tegoż początku: otóż nie wiemy kiedy przyszły autor Przewodników się urodził. Na podstawie badań, przeprowadzonych w aktach kościoła Najświętszej Marii Panny w Krakowie (opublikowanych w 1960 r. przez Andrzeja Szpakowskiego w książce Walery Eliasz Radzikowski) przyjmuje się, że fakt ten nastąpił 12 września 1841 r. w Krakowie, w domu nr 423 przy ul. Sławkowskiej. Według innych dokumentów, także kościelnych, i wg notatek Walerego i Stanisława, podawano jako datę urodzenia 12 września 1840 r.
Według opowieści Stanisława, rodowe nazwisko Radzikowski, ze szlacheckim przydomkiem herbowym Ogończyk, zastąpione zostało przez pradziada Walerego, Stanisława Wojciecha, konfederata barskiego, przydomkiem „Eljasz”, z obawy przed prześladowaniami politycznymi. Stanisław przez większą część życia posługiwać się będzie nazwiskiem dwuczłonowym. Ojciec, pod wpływem syna, będzie dopisywał owo problematyczne rodowe nazwisko do prawdziwego dopiero w ostatnich latach życia.
„Konfederat” zatem spłodził Jana Kantego, o którym nic bliższego nie możemy powiedzieć nad to, że w r. 1814 w Niepołomicach został ojcem Wojciecha, który miał ciężki charakter i takąż rękę, co jednak mu nie przeszkodziło zostać malarzem, po nauce w krakowskiej Szkole Technicznej, pod kierunkiem profesora rysunku Jana Nepomucena Bizańskiego. Jednakże - jak ironizował potem Walory - „praktykował u majstra pokojowego Kozakiewicza”. Prace Wojciecha, dość popularne w swoim czasie, reprezentowały akademicki klasycyzm, a ich tematem były początkowo sceny historyczne i religijne. Później zaś Wojciech Eljasz wyspecjalizował się w malowaniu kościołów i dla kościołów. Mimo cholerycznego usposobienia dożył lat przeszło 90., a najstarszy syn przeżył go ledwo o parę miesięcy.
Wiadomo więc było, że pierworodny Walery będzie przez ojca przeznaczony na swego następcę w malarstwie. Później się okazało, że stary Eljasz i inne dzieci „wykierował” na artystów: młodszy od Walerego o 6 lat Władysław (1847-1921) został rzeźbiarzem, zaś malarstwem, koronkarstwem i sztuką stosowaną zajmowała się najmłodsza z rodzeństwa, Maria (1850-1938). Najmniej wiemy o średnim z braci, Stanisławie: urodzony ok. 1845 r. został budowniczym, projektował domy i prowadził potem działalność w uzdrowiskach podkarpackich. Z uwagi na owe uzdrowiskowe odniesienia jest czasem mylony z synem Walerego, także Stanisławem.
Przejawiający od najmłodszych lat wielki talent i ochotę do prac plastycznych Walery Eljasz rozpoczął pierwsze nauki w domu - czytać, pisać i liczyć uczył go przyjaciel ojca, prywatny nauczyciel Tartani. Podkształcony w ten sposób, został przyjęty przez dyrektora Morelowskiego od razu do drugiej klasy szkoły miejskiej Św. Barbary. Spośród grona profesorskiego najwięcej zapewne skorzystał z nauk innego kolegi ojca, Maksymiliana Cerchy, który uczył go rysunków. Jesienią 1851 r. zapisany został do jedynego wówczas w Krakowie Gimnazjum św. Anny. Uczył się dobrze (najwyższe oceny z języka polskiego, łaciny i nauk przyrodniczych) i jako jeden z najlepszych był zwolniony z opłat szkolnych. Jednak po ukończeniu przez Walerego 4 klas tegoż gimnazjum ojciec postanowił, że dalsze kształcenie ogólno-humanistyczne i zdobycie matury nie jest jego synowi potrzebne i oddał go do II klasy Wyższej Szkoły Realnej przy Instytucie Technicznym. Mimo eleganckiej nazwy była to zwykła zawodówka, nie dająca absolwentowi żadnych praw, a jedynie przygotowująca go technicznie do pracy artystycznej. Ukończył tę szkołę Walery w 16. roku życia z wynikiem celującym i wypełniając kolejne polecenie ojca zapisał się do szkoły sztuk pięknych w Krakowie, mając już na swym koncie debiut malarski w 1856 r. i pierwszą - pozytywną - recenzję na łamach krakowskiego „Czasu”.
Następuje 6-letni okres studiów pod kierunkiem Władysława Łuszczkiewicza (1828-1900), malarza i historyka sztuki, późniejszego członka Akademii Umiejętności, współtwórcy i dyrektora krakowskiego Muzeum Narodowego, który jako jeden z pierwszych prowadził lekcje ze studentami głównie w plenerze, nie zaś w atelier.
Od Łuszczkiewicza bodajże wziął Walery Eljasz dwie swoje największe pasje - badania z dziedziny historii sztuki (zwłaszcza kostiumologii) i umiłowanie piękna natury. Obydwie te dziedziny znalazły odbicie w pierwszych jego pracach malarskich. Obok starszych nieco Aleksandra Kotsisa, Jana Matejki i Floriana Cynka, rówieśnego Józefa Brandta i młodszego Henryka Siemiradzkiego stał się Walery Eljasz wkrótce najwyżej cenionym spośród studentów krakowskiej szkoły malarskiej.
Trudno być prorokiem we własnym kraju, jeszcze trudniej znaleźć uznanie we własnym domu. W domu Eljaszów był tylko jeden autorytet w dziedzinie sztuki - ojciec. Malowania z natury nie uznawał, gdyż podstawą malarstwa było według niego kopiowanie cudzych dzieł. Rygory formalne w sztuce rozstrzygały o wartości obrazu. Każda postać ludzka musiała mierzyć osiem wysokości głów, każdy głęboki cień musiał być ciemnoczerwony, szarych kolorów nie można było używać itp. Wojciech Eljasz surowo kontrolował prace syna, każąc przedstawiać sobie wszystkie szkolne studia rysunkowe i malarskie, by w nich tępić jakiekolwiek artystyczne nowalie. Profesorowie, którzy uczyli inaczej niż wynikało to z jego malarskiego katechizmu, stawali się jego osobistymi wrogami. Zdarzało się, że robił im awantury na ulicy, donosił na nich do władz, ubliżał w oczy i poza oczy. Trudno się więc dziwić, że mimo swych ewidentnych zdolności, syn tak współpracującego ze szkołą ojca nie należał do ulubionych studentów większości profesorów. Zapewne dlatego nieczęsto wyróżniano go nagrodami i stypendiami.
Ukończenie przez Walerego lat 19 tylko w niewielkim stopniu rozluźniło domowe rygory. To znaczy, nadal obowiązywał artystyczny kaganiec, ale kończący szkolę student otrzymał nieco większą niż dotąd swobodę postępowania. Pozwoliło mu to na podjęcie pierwszej dłuższej samodzielnej wyprawy poza Kraków.
Wzrok młodego artysty pewno już niejeden raz uciekał na południe, gdzie poza Wisłą i Borkiem Fałeckim rysowała się pofałdowana linia Małego Beskidu, gdzie w pogodny dzień wyłaniał się za nią Beskid Wysoki z dostojną Babią Górą, gdzie wreszcie ograniczała horyzont widoczna z wyższych punktów miasta sinoszara koronka Tatr. Z ochotą więc przyjął Walery Eljasz propozycję starszego o 5 lat kolegi - malarza, Aleksandra Kotsisa (zwiedzającego Tatry, m. in. w towarzystwie Michała Bałuckiego, już od lat co najmniej dziesięciu), by latem 1860 r. wybrać się wreszcie w góry. Dobrawszy sobie jako trzeciego także malarza - Karola Sagnowskiego, wyruszyli na Babią Górę.
31 lipca 1860 r. wyjechali furką góralską z Kleparskiego Rynku - tego samego, który dla wielu turystów, a i dla Walerego także - był polem stałym punktem startowym ekskursji do Tatr. Krakowscy mieszczanie, u nieraz i ludzie z „towarzystwa” chadzali tam czasem tylko po to, by obejrzeć przyjeżdżających z towarami górali, zobaczyć ich przedziwne stroje, posłuchać oryginalnej, obco brzmiącej mowy. Pierwszy popas studenckiej ekspedycji wypadł w Mogilanach, drugi w Biertowicach, nocowali zaś w karczmie na Budzowie. Nazajutrz, 1 sierpnia, przez Maków przybyli do Zawoi i zamieszkali w chacie Michała Bartonka. 2 sierpnia 1860 r., przeszedłszy przez Czarną Halę, Walery Eljasz wraz z dwoma towarzyszami i przewodnikiem Szymkiem Czarnym o 4.30 po południu stanął na szczycie Babiej Góry i ujrzał w całej krasie majestatycznie wznoszące się ponad kotliną Podhala Tatry. Góry, którym miał pozostać wierny przez całe życie.
Pierwsze jednak górskie wakacje przyszło spędzić w Beskidach. Na Babią Górę wszedł ponownie kilka dni później, m.in. w towarzystwie swego profesora Władysława Łuszczkiewicza, który wraz z rodziną przyjechał także do Zawoi. Wówczas szli inną drogą, a właściwie bezdrożem - wprost z północy.
Niebawem minął kolejny rok nauki w krakowskiej szkole i Walery Eljasz znów zaszedł na Kleparz, by tam zgodzić do drogi góralską furkę. Tym razem trasa wiodła wprost w Tatry.
Zapewne w bagażu turystów (towarzyszyli Eljaszowi technik z Krakowa Jan Kanty Kaczmarski i jego szwagier Gwiazdomorski) znalazł się wydany w 1860 r. w Krakowie pierwszy polski Przewodnik w wycieczkach na Babią Górę, do Tatr i Pienin, autorstwa nauczyciela i tatrzańskiego mistrza Eljasza - księdza Eugeniusza Janoty.
Ten uczony germanista i przyrodnik urodził się w Kętach 31 października 1823 r. Po dwuletnich studiach filozoficznych i czteroletnich teologicznych w Tarnowie, w 1847 r. otrzymał tamże święcenia kapłańskie. W tym samym roku przybył także po raz pierwszy - pieszo! - pod Tatry i po raz pierwszy zwiedzał niektóre ich partie. Wielokrotnie z powodów politycznych przenoszono go z parafii do parafii, gdy głoszone przezeń z ambony prawdy były za bardzo nie w smak władzy. Mimo to zezwolono mu na podjęcie pracy nauczycielskiej - po złożeniu egzaminów z języka niemieckiego i propedeutyki filozofii, w 1852 r. Janota wszedł w skład grona pedagogicznego Gimnazjum św. Anny w Krakowie, gdzie uczył niemieckiego, polskiego, historii i geografii, początkowo będąc także katechetą w młodszych klasach. Doktorat filozofii UJ otrzymał 3 listopada 1860 r. na podstawie swego Przewodnika. Był działaczem Komisji Fizjograficznej Towarzystwa Naukowego Krakowskiego, członkiem Krajowej Rady Szkolnej, współzałożycielem Towarzystwa Tatrzańskiego i jednym z głównych autorów jego statutu, a także założycielem i pierwszym prezesem Galicyjskiego Towarzystwa Ochrony Zwierząt. W 1871 r. jako jedyny Polak w Galicji został w drodze konkursu kierownikiem katedry języka i literatury niemieckiej na Uniwersytecie Lwowskim, gdzie mianowano go profesorem zwyczajnym. Przed śmiercią przeszedł na protestantyzm, by móc się ożenić i pozostawić rentę matce swoich dzieci. Zmarł 17 października 1878 r. we Lwowie, jako jeden z najwybitniejszych filologów owych czasów, autor Gramatyki języka niemieckiego, badacz zagadnień etnograficznych, historycznych i przyrodniczych. Do historii Tatr przeszedł jako wybitny turysta - dokonał pierwszego wejścia m.in. na Świnicę i Granaty, jako pierwszy badał muzykę ludową Podhala, a przede wszystkim był (z Maksymilianem Nowickim) jednym z twórców ustawy sejmowej z 1868 r. o ochronie świstaków i kozic w Tatrach.
Książka Janoty z pewnością nie oddawała ani części głębokiej wiedzy, jaką w sprawach tatrzańskich i podhalańskich posiadł jej autor w ciągu kilkunastu już wówczas lat wędrowania po wierchach. I nie na podstawie tej lektury, lecz rozmów osobistych ze starszym o blisko 20 lat profesorem Gimnazjum św. Anny kształtował się u Eljasza jego pierwszy pogląd na Tatry.
Wyjechali z Krakowa' 30 lipca i po noclegu zapewne w Zaborni, wieczorem 31 lipca 1861 r. Walery Eljasz po raz pierwszy stanął pod Giewontem (zapewne za artykułem Jana Reychmana w Polskim słowniku biograficznym podaje się mylnie rok 1859 jako datę pierwszego przyjazdu Eljasza do Zakopanego). Zamieszkał przy Kasprusiach, prawdopodobnie nie opodal skrzyżowania z ulicą Kościeliska.
Od kilkunastu już lat miejsce to było centralnym punktem wsi. W pobliżu od 1847 r. stał pierwszy zakopiański kościół, obok plebania, gdzie rezydował otoczony legendami proboszcz-taternik ks. Józef Stolarczyk, i szkoła, założona przez proboszcza w 1848 r., a od r. 1851 mieszcząca się w organistówce. Naprzeciw szkoły, w cieniu sadzonych przez Stolarczyka modrzewi, na Pęksowym Brzyzku znajdował się cmentarz, a żeby przechodzącym tędy zakopiańczykom i gościom nie było zbyt smutno - tuż obok karczma.
Do połowy XIX w. główną bazą dla przybywających w Tatry naukowców i turystów były po polskiej stronie Kuźnice, czyli Hamry, gdzie jeszcze przed rozbiorami Polski założono niewielką hutę, przerabiającą wydobywaną w Tatrach rudę żelaza. Z początkiem XIX w. właścicielem huty został Jan Homolacs, którego syn Emanuel w 1824 r. kupił od rządu austriackiego (w wyniku rozbiorów Polski „dziedziczącego” włości królewskie na Podhalu i w Tatrach) spore tereny w tym rejonie, z całymi Kuźnicami i częścią Zakopanego. Przy hucie powstały domy hamerników (hutników) i hawiarzy (górników), a następnie dwór Homolacsów i, w pobliżu, karczma. W połowie stulecia Kuźnicka huta stała się największym zakładem metalurgicznym Galicji, a zwiedzanie obiektów przemysłowych w Hamrach było obowiązkowym punktem pobytu w Zakopanem i w Tatrach, obok oglądania Doliny Kościeliskiej, Morskiego Oka i „źródła Białego Dunajca”, jak nazywano Wywierzysko Bystrej na Kalatówkach.
Wspomnienia z Kuźnic, utożsamianych w tym czasie z Zakopanem, bywały zazwyczaj przyjemne: Łucja z Giedroyciów Rautenstrauchowa (Miasta, góry i doliny, Poznań 1844) opisuje swą wycieczkę z 1839 r.: [...] Po obiedzie poszliśmy razem oglądać żelazną fabrykę pana Homolacza, dziedzica całej tej cudnej części Galicji. Każdy z nas dla pamiątki wyprawy naszej nabył jakąś drobnostkę. Moja żelazna stamtąd charciczka dotąd na papierach biurka mego spoczywa [...].
A więc pierwszymi pamiątkami z Zakopanego nie były ciupagi, rzeźbione orły czy fujarki ...
Nam, miłośnikom przyrody, ciszy i majestatu gór mogą zabrzmieć dziwnie słowa Ludwika Zejsznera, który w Podhalu i północnej pochyłości Tatrów w 1848 r. pisał: Mnóstwo białych zabudowań, należących do zakładu hutniczego wypełnia dolinę Zakopanego. Te dzieła sztuki [tj. sztucznie wykonane - M.P.] odbijają dziwnie od przeważających potęg przyrody. Równie niespodzianą, jak miłą jest rzeczą spotkać wśród dzikiej okolicy zakład przemysłowy, a z nim w parze idący byt dobry.
Otóż to właśnie! W biednej i pozbawionej przemysłu Galicji każdy przejaw techniki i wiązanej z nią nowoczesności wywoływał entuzjazm badaczy i publicystów. A cóż dopiero poetów!
Słynna Deotyma, która swą odbytą w lipcu 1860 r. wycieczkę opisała w „Gazecie Warszawskiej”, dojechała do Kuźnic o 3 nad ranem, zachwycona ogniami z pieców i fryszerek, będących dla niej symbolami cywilizacji. Nazajutrz [...] dzięki uprzejmemu przewodnictwu osób, zawiadujących zakładem, mogliśmy go we wszystkich szczegółach obejrzeć i wśród ryku zdyszanych miechów, między poplątanymi ramionami machin, przy wystrzałach młotów, patrząc na kruszec rozlany po ziemi w gorzejących rysunkach, jak ów napis na ścianach Baltazara, wśród tych pracowników czarnych, ruchawych jak mrowisko, sądziłam się przeniesioną w dziwaczny świat gnomów!
Nad hutami na wywyższeniu stoi dwór państwa Homolaczów, właścicieli Zakopanego; przede dworem wodotrysk bije w ogródku, gdzie są kwiaty, a nawet owocowe drzewa, rzadkość tu wielka [...].
Do takich to Kuźnic jeździli Stanisław Staszic i Seweryn Goszczyński, Wincenty Pol i Ludwik Zejszner, jeździli książęta krwi, dziennikarze i żądni przygód cudzoziemcy, ba - nawet chorzy na płuca i anemię, którzy leczyli się tu piciem żętycy, czyli owczej serwatki. Doprawdy, trudno sobie wyobrazić, jak można było poprawić stan płuc mieszkając obok wielkiego pieca czy walcowni...
Do kompletu informacji o turystyce do Zakopanego w połowie XIX w. dodać należy i to, że jeżdżono tu z Nowego Targu drogą, biegnącą mniej więcej tak jak dzisiaj aż do Ustupu, gdzie trakt skręcał na południe, by przez Wojdyły, Ugory, Antałówkę, Koziniec i Bystre dotrzeć do Kuźnic. Tędy też, tzw. Drogą Homolacką, wywożono z Kuźnic wyroby metalowe, które trafiały do hurtowni w Krakowie, Tarnowie czy Lwowie. Dopiero ok. r. 1860 Homolacsowie poprowadzili przez swe grunty bardziej dogodną drogę, biegnącą późniejszymi ulicami Przewodników Tatrzańskich, Chałubińskiego i Jagiellońską do Chramcówek.
Dawni goście kuźnickiego dworu nieraz w ogóle nie zaglądali do zakopiańskiej wioski - mieszkając w Hamrach, jeżdżąc do Doliny Kościeliskiej Drogą pod Reglami (nazywaną wówczas Drogą Żelazną, bo wożono nią rudę żelaza), a do Morskiego Oka przez Antałówkę, Poronin i Bukowinę.
Jednakże rozległa, nasłoneczniona dolina zakopiańska u stóp Gubałówki miała o wiele większe walory letniskowe i zdrowotne niż wąska, wilgotna, zadymiona i pełna hałasu kotlina Kuźnic. Wokół kościoła powstało naturalne centrum wsi. W połowie wieku, przeważnie za namową ks. Stolarczyka, góralscy gazdowie spod Gubałówki zaczęli przybyszom ze świata udostępniać na lato swe piękne chaty.
Pierwszym znanym nam bliżej letnikiem, który zdecydował się na zamieszkanie przy ul. Kościeliskiej, w położonym naprzeciw kościoła domu Jana Gąsienicy Gładczana, był astronom, profesor UJ Jan Kanty Steczkowski (1800-1881), który przyjechał tu po raz pierwszy w 1855 r., a od 1858 do 1871 r. bywał w Zakopanem corocznie. Jego córka Maria w 1858 r. opublikowała książkę Obrazki z podróży do Tatrów i Pienin - pierwszy szczegółowy polski opis Tatr.
Przez kilkanaście lat Jan Kanty Steczkowski będzie, mimo znacznej różnicy wieku, najbliższym krakowskim znajomym Walerego Eljasza, z którym połączy go wspólna pasja tatrzańska.
Znajomość ta zadzierzgnęła się w lecie 1861 r. za sprawą... gazdy, u którego Steczkowski mieszkał: Gładczan właśnie poprowadził Eljasza na pierwszą wycieczkę - przez góry do Morskiego Oka.
A była to wyprawa co się zowie! Poza kozimi, owczymi i hawiarskimi perciami nie było przecież w Tatrach żadnych ścieżek. Przewodnicy rekrutowali się przeważnie spośród juhasów i kłusowników, których ksiądz Stolarczyk, od kilkunastu lat chodzący po Tatrach, przyuczył do wskazywania gościom drogi i służenia pomocą podczas wycieczek. Nie było schronisk, znakowanych szlaków i... Przewodników Eljasza. Ich przyszły autor właśnie debiutował na tatrzańskiej wędrówce, 1 sierpnia 1861 r. o godz. 11 stając na Zawracie.
Na nocleg turyści dotarli do zrujnowanego już schronu Homolacsów nad Morskim Okiem. Ten właśnie teren miał w przyszłości stać się ulubionym celem wędrówek Eljasza i odegrać niemałą rolę w jego życiu.
Po owej pierwszej wycieczce (dziś szlak ten, znakowany niebieską barwą, odwiedza w lecie kilkaset osób dziennie) nastąpiły zapewne inne, jednakże w swych zapiskach pamiętnikarskich Walery Eljasz pominął je milczeniem. Wśród rysunków z tamtego pierwszego lata w Tatrach pozostał tylko wizerunek Czarnego Stawu Gąsienicowego, Zawratu i Giewontu. Na zakończenie górskiego sezonu przeniósł się Walery Eljasz ze swymi towarzyszami z Tatr w Pieniny, zwiedzając je wówczas także po raz pierwszy, a szczegółowo zapoznając się z Czorsztynem i Szczawnicą.
Rok 1862 był ostatnim rokiem studiów Walerego Eljasza w krakowskiej szkole. Stosunki z ojcem stawały się coraz gorsze, w szkole też się nie układało. Co roku jeden z absolwentów otrzymywał stypendium na dalsze studia za granicą. Warunkiem były, oczywiście, dobre wyniki w pracy artystycznej. Walery w wyjeździe do Monachium upatrywał szansy nie tylko na pogłębienie swej wiedzy malarskiej, lecz także na wyrwanie się spod kurateli ojca. Niestety - nazwisko Eljasz kojarzyło się jeszcze wtedy raczej z ogólnie nielubianym, gburowatym starszym panem, który wszystko wiedział lepiej, a reprezentował niezbyt wysoki poziom artystyczny. Stypendium do Monachium dostał Florian Cynk.
Nie wiadomo, jakimi argumentami Walery zdołał przekonać ojca, by ten zgodził się na jego wyjazd za granicę. Zgodę obwarował wszakże jeden warunek - cały pobyt syna w Monachium miał nie kosztować rodzica ani złamanego guldena. W domu rzeczywiście się nie przelewało, ale widać nie było tak tragicznie, jeśli przyjąwszy ojcowską propozycję mógł sobie Walery zafundować jeszcze przed wyjazdem wakacje w Tatrach i Pieninach. Być może pustawą kieszeń studenta wypełniły dochody ze sprzedaży jakichś obrazów oraz honoraria za pierwszą publikację naukową jego autorstwa, która właśnie w 1862 r. ukazała się w Krakowie pod tytułem Ubiory ludu w dawnej Polsce. Jak potem się miało okazać, był to początek wieloletniej pracy Eljasza nad historią ubiorów w Polsce, w której to dziedzinie stał się najwybitniejszym specjalistą. Wierność w odtwarzaniu realiów, dokładność w najmniejszych nawet szczegółach i oparcie się wyłącznie na źródłowych materiałach historycznych to największe zalety kostiumologicznych prac Eljasza.
I tym razem towarzyszyli mu w wyprawie do Tatr koledzy z Krakowa, ale spoza środowiska malarskiego, w którym konkurencja powoli rugowała dawną przyjaźń. Przyjechał w lipcu 1862 r. i razem z Ignacym Gabrysiewiczem, studentem prawa, i medykiem Leniarskim zatrzymał się w domu Jana Gąsienicy Staszeczka, pierwszego zakopiańskiego wójta. Dom ten (istniejący do dziś przy ul. Krupówki 9) gościł przed laty i inne zakopiańskie osobistości: tu w 1848 r. stanął ks. Stolarczyk, tutaj też mieszkał początkowo w 1873 r. dr Tytus Chałubiński. To pierwszy z dokładnie znanych nam zakopiańskich adresów Walerego Eljasza.
28 lipca 1862 r. szedł znów znanym już sobie szlakiem przez Zawrat do Morskiego Oka, skąd nazajutrz wyruszył do Łysej Polany, a następnie, furką góralską, przez Jaworzynę Spiską i Zdziar do Smokowca, który wówczas jeszcze nazywano Szmeksem. Kilkudniowy pobyt w znanym uzdrowisku pozwolił na pierwsze wycieczki po południowej, wówczas węgierskiej stronie Tatr: m.in. z grupą przygodnie spotkanych Węgrów zwiedził Eljasz - konno! - Dolinę Wielicką, docierając aż do Wielickiego Stawu. W Szmeksie spotkał sporo Polaków, wśród nich późniejszego współpracownika z zarządu Towarzystwa Tatrzańskiego, właściciela drukarni Władysława Ludwika Anczyca oraz dwóch kolegów, Leona Rozmanita i Ferdynanda Wilkosza, z którymi, dalej furką, przez Spisz i Pieniny dotarł do Szczawnicy, gubiąc po drodze pugilares z całym, 30-guldenowym majątkiem. Zmuszony żyć na koszt towarzyszy, przez Nowy Sącz i Wiśnicz dotarł do Bochni, a dalej koleją do Krakowa.
Drugi sezon tatrzański Walerego Eljasza dobiegł końca. W przywiezionym do domu bagażu znalazło się kilka pejzaży z Tatr (m.in. Czerwony Wierch i Zawrat) oraz obraz Kościół drewniany w Zakopanem. To i niemało pięknych wspomnień musiało wystarczyć na kilka lut - nadszedł czas wyjazdu za granicę.
W drugiej połowie XIX w. Monachium ze swoją akademią sztuk pięknych było prawdziwą stolicą polskiego malarstwa. Studiowali tu niemal wszyscy, którzy w polskich sztukach pięknych mieli coś do powiedzenia, także późniejsi bywalcy Zakopanego, jak Stanisław Witkiewicz czy Adam Chmielowski. Walery Eljasz zapisał się do pracowni rysunku profesora Anschütza, wynajął sobie atelier i rozpoczął naukę właściwie od początku, zrzucając z siebie z trudem zarówno balast ojcowskiego formalistycznego akademizmu, jak i manierę krakowskiej ikonograficznej estetyki, w myśl której główną (czasem - jedyną) zaletą obrazu była jego anegdotyczna treść i tzw. wymowa patriotyczna. Monachium zaś uczyło, że malarstwo jest wartością samą w sobie, barwa, ton, sposób wyrazu są istotą sztuki, treść zaś i ideowe przesłanie jest sprawą drugorzędną. Przyszłość pokazała, że od malowania „ku pokrzepieniu serc” Eljasz uciec nie zdołał, usiłując osiągnąć kompromis między Matejkowskim anegdotyzmem patriotycznym a monachijskim „Stimmungiem”, a wszystko w atmosferze bezwzględnej ścisłości historycznej, której braki tak ostro wytykał twórcy Bitwy pod Grunwaldem.
Ojciec, oczywiście, był przeciw. Ale nie mając kontroli nad studiami, nie widząc szkiców i nie mogąc robić awantur profesorom - uznał syna za straconego dla sztuki. Upominał go jednak, by czasu w Monachium nie zmarnował i uczył się wszystkich technik malarskich. Posłuszny ojcu, Walery „zaliczył” pracownię akwareli, malowania koni, kartonów do fresków i malowania na murze, ale najbliższy był mu profesor Anschütz, który kazał rysować i malować z natury, tak jak artysta widzi, bez żadnych reguł i formułek.
Nadszedł rok 1863. W Królestwie wybuchło antyrosyjskie powstanie. Młodszy brat, Władysław, poszedł do walki. Walery został w Monachium.
Stanisław Eljasz-Radzikowski w swoich fantazjach na tematy rodzinne chętnie dorabiał ojcu powstańczą przeszłość, ba! - mianował go nawet członkiem powstańczego Rządu Narodowego. Tymczasem Walery Eljasz, na skutek ciężkich przeżyć domowych, nieodpowiedniego - z braku pieniędzy - żywienia i fatalnego przed uregulowaniem rzeki Igary klimatu Monachium - zapadł na tyfus i, jak pisze w swym pamiętniku, [...] to nieszczęście ocaliło mnie [podkr. M.P.] od pójścia do powstania w r. 1863, ale mnie zrujnowało co do zdrowia.
W tradycji rodzinnej Eljaszów przechowano wiadomość, że na zlecenie Rządu Narodowego Walery udzielał pomocy udającym się z Niemiec do kraju ochotnikom, pragnącym wziąć udział w Powstaniu czy też wręcz zajmował się werbunkiem. W dokumentach Eljasza znajdowało się także zaświadczenie z 3 sierpnia 1863 r., zaopatrzone w pieczęć z podpisem Rząd Narodowy - Naczelnik m. Krakowa, w którym tenże naczelnik Daje Ob. Waleremu Eljaszowi pozwolenie przebywania za granicami ziem polskich w celu kształcenia się w sztuce malarskiej z tym zastrzeżeniem, iż za wezwaniem masz się Obywatelu stawić w miejscu Ci wskazanym. Przytem wzywa się wszelkie władze Narodowe, aby pomienionemu Obywatelowi wszelkiej możebnej pomocy w razie potrzeby udzielić raczyły.
Na zajęcia patriotyczne prawdopodobnie nie pozostawało zbyt wiele czasu, jako że poza nauką musiał Obywatel Eljasz zwyczajnie zarabiać na życie. Spędzał wiele godzin w Pinakotece, kopiując umieszczone tam dzieła i sprzedając za nędzne grosze. W swoim atelier namalował wreszcie pierwszy większy obraz olejny Stefan Czarniecki zawiązujący Konfederację Tyszowiecką, który jesienią 1863 r. wysłał do Krakowskiego Towarzystwa Sztuk Pięknych. Po wystawie Towarzystwo zakupiło go za 600 guldenów, płatnych w miesięcznych ratach. Stworzyło to młodemu artyście perspektywę zaspokojenia głównych potrzeb materialnych. Niestety, skończyło się na perspektywie: wypłacane ratami pieniądze trafiały w Krakowie do papy, który przysyłał synowi tylko połowę, uważając, że 25 guldenów miesięcznie powinno wystarczyć, bo „oszczędnością i pracą ...”. Więc znów dnie w Pinakotece dzielone z dniami w pracowniach profesorów, ciężka praca i w elekcie - kolejne dzieła o tematyce historycznej, obrazy, ilustracje rysunkowe, szkice. Z końcem 1864 r. Walery powrócił do Krakowa i tu następny jego obraz - Zdobycie Wolmaru na Szwedach pod dowództwem Jakuba Potockiego został zakupiony przez Towarzystwo Przyjaciół Sztuk Pięknych. Tym razem 500 guldenów gotówką trafiło bezpośrednio do kieszeni autora, który dzięki temu mógł wyruszyć w podróż dla zapoznania się z głównymi centrami sztuki europejskiej. Wiosną 1865 r. pojechał do Niemiec, a następnie do Belgii i Francji. W Paryżu, gdzie osiadł w czerwcu 1865 r., tęsknił za Polską i rodzinnym Krakowem. Nad łóżkiem powiesił niewielki obrazek Matki Boskiej Częstochowskiej, który woził ze sobą w podróże, i każdą chwilę poświęcał na poznawanie „stolicy świata”, jej muzeów i wspaniałej architektury. Zwiedzał, zazdrościł Francuzom dzieł sztuki i wolności, rysował i ... pisał wiersze. Kiepskie, ale patriotyczne.
Paryż, 24 czerwca 1865
Dwa lata, czas krótki, a ileż tu zmiany!
Naród Polski okuty na nowo w kajdany,
Krocie poległo i krocie na Sybir zagnanych;
Tysiące na tułactwie wśród obcych nieznanych,
Kraj w nędzy, a znikąd nie widać pociechy,
O, srogo nas Bóg karze za pradziadów grzechy!
Cierpieć i cierpieć naszym przeznaczeniem,
I szyderstwa wrogów pokrywać milczeniem.
O biedna Ojczyzno moja, o biedny Narodzie!
I me rodzinne miasto, starożytny grodzie!
Czyż dla nas w tym życiu tylko ciernie, głogi?
Czyż już nam nie zaświeci szczęścia promień błogi?
Ależ, o Panie, Panie! nie patrz na występki nasze,
Lecz na męki, cierpienia, i zbaw plemię Lasze!
W lipcu był już w Szwajcarii i mógł porównać Alpy z Tatrami. Niebawem znalazł się we Włoszech - i tu skończyły mu się pieniądze. A ponieważ prośba do ojca o wsparcie finansowe pozostała bez odpowiedzi - zamiast do „wiecznego miasta” pojechał do Wiednia, by ostatecznie powrócić na stałe do Krakowa we wrześniu 1865 r. Studia artystyczne dobiegły końca.
Z pobytu za granicą przywiózł Walery Eljasz wysokie techniczne umiejętności malarskie, łysinę po przebytym w Monachium tyfusie i bliską znajomość z Józefem Ignacym Kraszewskim, poznanym podczas pobytu w Niemczech.
Latem 1866 r. odnawia swą przyjaźń z Tatrami. Odtąd już, aż do śmierci, nie opuści pod Giewontem żadnego letniego sezonu. Mieszkać będzie najpierw w góralskich chałupach przy ul. Kościeliskiej, a potem u Wojciecha Bachledy Księżyka przy środkowej części Krupówek.
Kilka dni spędził wtedy w Zakopanem w towarzystwie Kraszewskiego. Wielki pisarz przyjechał w Tatry ze Szczawnicy - i nie bardzo mógł docenić ich tak przez przyjaciela zachwalane uroki. Trafił bowiem autor Starej baśni na typową pogodę zakopiańską. To znaczy lało i lało. Przyjechawszy 11 sierpnia 1866 r. zamieszkał w niewielkim domku Józefa Sieczki przy ul. Kościeliskiej (istnieje do dziś, Kościeliska 52). Nazajutrz, w niedzielę, w strugach deszczu odwiedził go Walery Eljasz i... opowiadał o tym, jaki wkoło jest piękny widok. W poniedziałek przyszedł wiatr, odsłonił na chwilę Giewont i po południu można się było wybrać na wycieczkę do Doliny Kościeliskiej. Może doszli aż do krzyża na Hali Smytniej, postawionego przez innego wielkiego pisarza, Wincentego Pola, dla upamiętnienia bezimiennego tatrzańskiego górnika, pracującego jeszcze w dawnej, królewskiej Polsce? Zbutwiałą pamiątkę w 1868 r. Eljasz odnowił własnym kosztem, a po latach, jako członek Wydziału Towarzystwa Tatrzańskiego, spowodował zastąpienie drewnianego krzyża - istniejącym do dziś żelaznym.
Następny ranek wstał słoneczny i Kraszewski ze zdziwieniem ujrzał w środku lata - szczyty Tatr pokryte śniegiem. Ponieważ zaś, oprócz pisarskich, miał niemałe talenty malarskie - wespół z Eljaszem rozstawili sztalugi przed oknem, by uwiecznić ów widok. Potem wybrali się we dwójkę do Doliny Strążyskiej, która zresztą podobała się mistrzowi bardziej niż Kościeliska. Niestety, poprawa pogody okazała się tylko chwilowa - ledwie siedli, by naszkicować Giewont, wznoszący się prosto nad doliną - szczyt okryła mgła, za chwilę lunął deszcz i brnąc przez wezbrany nagle potok, jak niepyszni wrócili do domu. Znów opowieści Walerego Eljasza musiały zastąpić własne wrażenia.
Może z tych właśnie opowiadań zrodził się pomysł, by podzielić się doświadczeniami tatrzańskimi z szerszym gronem ziomków? Kraszewski był w owym czasie sam zainteresowany sprawami wydawniczymi i zachęcając Eljasza do podjęcia tej pracy, obiecywał pomoc. Jednak szczegółowe projektowanie przyszłego Przewodnika trzeba było odłożyć na potem - 15 sierpnia 1866 r. przyjaciele opuścili Zakopane, udając się góralską furką do Krakowa.
Lata studenckie Walerego Eljasza definitywnie zakończyły się, kiedy w 1868 r. jego siostra Maria wychodziła za mąż. Druhną na ślubie była 20-letnia Natalia, córka zapalonego turysty, a na co dzień kierownika szpitala Św. Łazarza w Krakowie - Karola Nycza i Julii z Kulińskich. Mimo sprzeciwu swego ojca, a raczej wpływającej nań macochy, Natalia przyjęła oświadczyny urzeczonego nią Walerego i 1 października 1868 r. odbył się ich ślub. Koronnym argumentem przyszłego teścia (który zresztą potem stał się bliskim towarzyszem tatrzańskich wycieczek zięcia) przeciwko małżeństwu był młody wiek Natalii i brak „pozycji” Walerego. Przyganiał kocioł garnkowi. Julia Kulińska miała lat 14, gdy wyszła za mąż za 20-letniego Karola Nycza, bo musiała, a Natalia była takich smarkatych rodziców pierworodną córką. Nie jedyną zresztą - jej matka umarła przy porodzie piątego potomka, nie mając jeszcze dwudziestu lat...
Stosownie do rodzinnej tradycji, w niespełna pół roku po ślubie, 21 kwietnia 1869 r. urodził się Staś.